Pożegnanie nad Wisłą: Ostatnie słowa mojego brata

– Bartek, nie rób głupstw, proszę cię – powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy, kiedy siedzieliśmy na starym pomoście nad Wisłą. Słońce paliło niemiłosiernie, a powietrze było ciężkie od zapachu trawy i wilgoci. Bartek tylko wzruszył ramionami i uśmiechnął się tym swoim łobuzerskim uśmiechem, który zawsze rozbrajał mamę. – Przestań się martwić, Michał. Wrócę do domu przed zmrokiem, zadzwonię do ciebie, jak tylko będę na miejscu – odpowiedział, a ja poczułem znajome ukłucie niepokoju. Zawsze był taki beztroski, jakby nic złego nie mogło go spotkać.

Nie wiedziałem wtedy, że to będą nasze ostatnie wspólne chwile. Gdyby ktoś mi powiedział, że już nigdy nie usłyszę jego głosu, wyśmiałbym go. Przecież Bartek był niezniszczalny – przynajmniej tak mi się wydawało. Tamtego dnia pokłóciliśmy się o drobiazg: o to, że znowu pożyczył mój rower bez pytania. Krzyczałem na niego, a on śmiał się i rzucał kamieniami do rzeki. Potem nagle spoważniał i powiedział: – Michał, czasem mam wrażenie, że mnie nie rozumiesz. Chciałem tylko poczuć się wolny, choć przez chwilę.

Nie odpowiedziałem. Zamiast tego patrzyłem na falującą wodę i udawałem, że nie widzę łez w jego oczach. Bartek zawsze był wrażliwszy ode mnie. Mama powtarzała, że to przez to, co stało się z tatą – odszedł od nas, kiedy Bartek miał zaledwie sześć lat. Od tamtej pory brat szukał ojca w każdym mężczyźnie, który pojawiał się w naszym życiu. Ja zamknąłem się w sobie i próbowałem być silny dla nas obu.

Kiedy wracaliśmy do domu, Bartek zatrzymał się na chwilę i spojrzał na mnie poważnie. – Michał, obiecaj mi jedno: nigdy nie przestawaj wierzyć w ludzi. Nawet jeśli cię zawiodą. Potrzebowałem tej obietnicy bardziej niż on sam.

Wieczorem mama zapytała mnie, gdzie jest Bartek. Powiedziałem jej, że pewnie wróci za chwilę – przecież zawsze wracał. Ale tym razem było inaczej. Godziny mijały, a jego nie było. Telefon milczał. W końcu zadzwoniła sąsiadka z końca wsi: widziała Bartka idącego w stronę starego mostu.

Wyszliśmy go szukać – ja, mama i kilku sąsiadów. Noc była duszna i cicha, tylko świerszcze grały gdzieś w trawie. Szliśmy wzdłuż rzeki z latarkami, wołając jego imię. W pewnym momencie zobaczyłem coś leżącego na brzegu – to była jego bluza. Serce podeszło mi do gardła.

Znaleźliśmy go dopiero nad ranem. Leżał nieruchomo na płytkiej wodzie, jakby spał. Mama upadła na kolana i zaczęła krzyczeć tak przeraźliwie, że jeszcze dziś słyszę ten dźwięk w snach. Sąsiedzi próbowali ją podnieść, ale ona tylko tuliła Bartka do siebie i powtarzała: „Mój chłopczyk… Mój Bartuś…”

Pogrzeb był kilka dni później. Cała wieś przyszła pożegnać Bartka – nawet ci, którzy nigdy go nie lubili za jego wybryki. Ksiądz mówił o nim jak o aniele, ale ja wiedziałem lepiej: Bartek był człowiekiem z krwi i kości, pełnym sprzeczności i marzeń. Mama przez tygodnie nie wychodziła z pokoju. Ja próbowałem być silny dla niej i dla siebie, ale nocami płakałem w poduszkę.

Po śmierci Bartka wszystko się zmieniło. Ludzie zaczęli szeptać za naszymi plecami – jedni mówili, że to nieszczęśliwy wypadek, inni sugerowali samobójstwo. Mama obwiniała siebie: „Gdybym tylko była lepszą matką… Gdybym zauważyła wcześniej…” Ja obwiniałem siebie za naszą kłótnię nad rzeką.

Z czasem zaczęły wychodzić na jaw rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Okazało się, że Bartek miał problemy w szkole – nauczycielka powiedziała mi po pogrzebie, że był ostatnio bardzo zamknięty w sobie. Znaleźliśmy też listy schowane pod jego materacem – pisał w nich o tym, jak bardzo tęskni za ojcem i jak trudno mu znaleźć swoje miejsce w świecie.

Mama próbowała znaleźć ukojenie w modlitwie i rozmowach z księdzem. Ja zamknąłem się jeszcze bardziej – przestałem spotykać się z przyjaciółmi, rzuciłem studia i zacząłem pracować w sklepie spożywczym we wsi. Każdego dnia przechodziłem obok Wisły i patrzyłem na miejsce, gdzie widziałem Bartka po raz ostatni.

Pewnego dnia spotkałem tam Olgę – dziewczynę z sąsiedztwa, która kiedyś była zakochana w Bartku. Usiadła obok mnie na pomoście i długo milczeliśmy. W końcu powiedziała: – On cię kochał bardziej niż kogokolwiek na świecie. Nie obwiniaj się za to, co się stało.

Chciałem jej uwierzyć, ale poczucie winy nie dawało mi spokoju. W domu coraz częściej dochodziło do kłótni z mamą – ona chciała rozmawiać o Bartku bez końca, ja uciekałem przed wspomnieniami. Pewnej nocy wykrzyczałem jej wszystko: że mam dość życia w cieniu tragedii, że chcę zacząć od nowa.

Mama spojrzała na mnie ze łzami w oczach i powiedziała: – Michał, nie możemy zapomnieć o Bartku, ale musimy nauczyć się żyć dalej.

Od tamtej pory powoli zaczęliśmy odbudowywać nasze życie. Zrozumiałem, że żałoba nigdy nie mija całkowicie – po prostu uczysz się z nią żyć. Czasem wydaje mi się, że słyszę głos Bartka nad rzeką albo widzę jego sylwetkę między drzewami.

Dziś wiem jedno: każda chwila z bliskimi jest bezcenna i nigdy nie wiadomo, kiedy będzie tą ostatnią. Czy można wybaczyć sobie rzeczy niewypowiedziane? Czy można nauczyć się żyć bez kogoś, kto był twoją drugą połową? Może nigdy nie znajdę odpowiedzi na te pytania… Ale wiem, że muszę próbować.