Moja matka pozwała mnie o alimenty – list, który rozdarł moją rodzinę
– Agnieszka, przyszła do ciebie jakaś koperta z sądu – usłyszałam głos mojego męża, Pawła, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć płaszcz. Zamarłam w progu. Sąd? Przecież nie mam żadnych długów, nie jestem zamieszana w żadne sprawy. Przez chwilę miałam nadzieję, że to pomyłka. Ale kiedy zobaczyłam znajomy, staranny charakter pisma na odwrocie koperty, poczułam jakby ktoś ścisnął mnie za gardło.
Otworzyłam list drżącymi dłońmi. „W związku z pogorszeniem się mojej sytuacji materialnej, zmuszona jestem wystąpić na drogę sądową o alimenty od córki…” – czytałam na głos, nie wierząc własnym oczom. Paweł patrzył na mnie z niedowierzaniem. – Twoja mama? – zapytał cicho. Skinęłam głową, czując jak łzy napływają mi do oczu.
Moja mama, Barbara Nowak, zawsze była kobietą twardą i wymagającą. Po śmierci taty to ona trzymała naszą rodzinę w ryzach. Wychowywała mnie i mojego młodszego brata, Tomka, z żelazną konsekwencją. Nigdy nie było łatwo – pieniądze się nie przelewały, a mama często powtarzała, że „życie to nie bajka”. Ale mimo wszystko wierzyłam, że jesteśmy rodziną. Że nawet jeśli się kłócimy, to zawsze możemy na siebie liczyć.
Ostatnie lata nie były łatwe. Mama przeszła na emeryturę i coraz częściej narzekała na zdrowie. Ja pracowałam w szkole jako nauczycielka polskiego, Paweł prowadził własną firmę budowlaną. Mamy dwójkę dzieci – Zosię i Michała – i ledwo wiążemy koniec z końcem. Często pomagałam mamie: robiłam zakupy, załatwiałam leki, czasem dorzucałam parę złotych do rachunków. Ale nigdy nie usłyszałam „dziękuję”. Zawsze było za mało.
– Musisz z nią porozmawiać – powiedział Paweł wieczorem, kiedy dzieci już spały. Siedziałam przy stole z listem w ręku i czułam się jak mała dziewczynka, którą ktoś niesprawiedliwie ukarał.
Zadzwoniłam do mamy następnego dnia.
– Mamo… dostałam twój list.
– Wiedziałam, że zadzwonisz – odpowiedziała chłodno. – Nie zostawiłaś mi wyboru.
– Przecież zawsze ci pomagałam! – wybuchłam. – Robię co mogę!
– To nie wystarcza – przerwała mi ostro. – Nie masz pojęcia, jak ciężko jest żyć za tę śmieszną emeryturę. Twój brat też nie daje rady. Musiałam coś zrobić.
Rozłączyła się pierwsza. Siedziałam z telefonem przy uchu jeszcze długo po tym, jak usłyszałam sygnał zakończenia rozmowy.
Przez kolejne dni chodziłam jak struta. W pracy nie mogłam się skupić, w domu byłam rozdrażniona. Dzieci pytały, dlaczego mama płacze w łazience. Paweł próbował mnie pocieszać, ale czułam się coraz bardziej samotna.
W końcu zadzwonił Tomek.
– Aga, słyszałem o tej sprawie… Mama do mnie też dzwoniła. Powiedziała, że jak nie zacznę jej regularnie płacić, to mnie też pozwie.
– I co zamierzasz?
– Nie wiem… Mam dwójkę dzieci na utrzymaniu i kredyt na mieszkanie! Ale ona jest zdesperowana.
Zaczęliśmy się kłócić. O to, kto więcej pomagał mamie, kto ma gorzej w życiu, kto powinien wziąć większą odpowiedzialność. Nasza rozmowa skończyła się trzaskiem słuchawki.
W sądzie spotkaliśmy się po raz pierwszy od miesięcy. Mama siedziała naprzeciwko mnie i Tomka z kamienną twarzą. Sędzia zadawał pytania o nasze zarobki, wydatki, sytuację rodzinną. Czułam się upokorzona – jakby ktoś obnażał moje życie przed obcymi ludźmi.
Po rozprawie próbowałam porozmawiać z mamą.
– Mamo… czy naprawdę musiało do tego dojść?
Spojrzała na mnie zimno.
– Ty nigdy mnie nie rozumiałaś.
Odwróciła się i odeszła bez słowa.
Wróciłam do domu rozbita. Dzieci patrzyły na mnie pytająco.
– Mamo, dlaczego babcia jest na ciebie zła?
Nie umiałam im odpowiedzieć.
Minęły tygodnie. Sąd przyznał mamie alimenty – 400 złotych miesięcznie ode mnie i 300 od Tomka. Dla niej to była ulga. Dla nas – kolejny ciężar do udźwignięcia.
Z czasem nasze relacje z mamą całkiem się urwały. Przestała odbierać telefony, nie zapraszała nas na święta. Dzieci pytały o babcię coraz rzadziej.
Często zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę bycie córką oznacza obowiązek finansowania rodzica za wszelką cenę? Czy rodzina powinna być miejscem wsparcia czy raczej polem walki o przetrwanie?
Czasem patrzę na swoje dzieci i boję się przyszłości. Boję się, że kiedyś one też będą musiały wybierać między własnym szczęściem a moimi oczekiwaniami.
Czy naprawdę musimy płacić tak wysoką cenę za miłość i lojalność wobec rodziny? A może są granice, których nawet najbliżsi nie powinni przekraczać?