„Nie chcę już tak żyć” – historia mojego rozwodu, który rozdarł naszą rodzinę

– Nie chcę już tak żyć – powiedział Marek, patrząc na mnie z takim chłodem, jakiego nigdy wcześniej w jego oczach nie widziałam. Stałam w kuchni, trzymając w ręku kubek z herbatą, który nagle wydał mi się absurdalnie ciężki. Czułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg.

– Co to znaczy? – zapytałam cicho, choć odpowiedź już wisiała w powietrzu.

Marek westchnął i odwrócił wzrok. – Chcę się rozwieść, Aniu. Przepraszam.

To był ten moment. Wszystko, co znałam, rozpadło się w jednej sekundzie. Nasze wspólne śniadania w niedzielę, wieczorne rozmowy przy winie, nawet kłótnie o to, kto wyniesie śmieci – wszystko nagle straciło sens. Przez chwilę miałam ochotę krzyczeć, rzucić czymś o ścianę, ale nie zrobiłam nic. Stałam tylko i patrzyłam na niego, jakby był kimś obcym.

Marek spakował się jeszcze tego samego dnia. Szymon wrócił ze szkoły i zastał mnie siedzącą na podłodze w salonie, z pustym wzrokiem wbitym w ścianę. – Mamo? Co się stało? – zapytał niepewnie.

Nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Jak wytłumaczyć dziesięciolatkowi, że tata już nie wróci do domu? Że rodzina, którą znał, przestaje istnieć? Usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem. To on pierwszy się rozpłakał.

Przez kolejne dni funkcjonowałam jak automat. Praca w urzędzie miasta, zakupy, gotowanie obiadu – wszystko robiłam mechanicznie. Wieczorami zamykałam się w łazience i płakałam do utraty tchu. Mama dzwoniła codziennie, próbując mnie pocieszyć:

– Aniu, musisz być silna dla Szymka. Marek zawsze był egoistą…

Ale ja nie chciałam słuchać oskarżeń. Chciałam tylko zrozumieć: gdzie popełniłam błąd? Czy mogłam coś zrobić inaczej?

Pewnego dnia spotkałam Marka pod szkołą Szymona. Stał oparty o samochód i palił papierosa – nawyk, który rzucił lata temu. Wyglądał na zmęczonego.

– Musimy porozmawiać – powiedział bez emocji.

– O czym? O tym, jak podzielimy meble? Czy o tym, jak powiedzieć Szymkowi prawdę?

– Aniu… Ja już nie czuję tego, co kiedyś. Próbowałem… Ale nie potrafię udawać.

Zacisnęłam pięści. – A ja? Ja mam udawać szczęśliwą dla syna?

– Nie wiem… Może powinniśmy pójść do mediatora?

Zgodziłam się. Spotkania u pani psycholog były jak rozdrapywanie ran. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie i mówiliśmy rzeczy, których nigdy wcześniej nie odważyliśmy się powiedzieć na głos:

– Zawsze czułem się nieważny – rzucił Marek.
– A ja miałam wrażenie, że wszystko muszę robić sama! – odpowiedziałam z goryczą.

Po kilku tygodniach było jasne: nie ma już czego ratować. Szymon coraz częściej zamykał się w swoim pokoju, przestał rozmawiać z kolegami. Wychowawczyni wezwała mnie na rozmowę:

– Pani Anno, Szymon jest smutny i rozkojarzony. Może warto porozmawiać z psychologiem szkolnym?

Zgodziłam się bez wahania. Sama też zaczęłam chodzić na terapię. Tam po raz pierwszy odważyłam się powiedzieć na głos: „Boję się przyszłości”.

Mama coraz częściej sugerowała, żebym wróciła do rodzinnego domu pod Radomiem:

– Tu zawsze będziesz miała wsparcie. Po co ci to wielkomiejskie życie?

Ale ja wiedziałam, że muszę zostać w Warszawie – dla Szymona, dla siebie. Musiałam nauczyć się żyć od nowa.

Rozwód przebiegł szybko i bez większych kłótni – przynajmniej oficjalnie. W środku czułam jednak pustkę i gniew. Najgorsze były weekendy, kiedy Szymon jechał do Marka i zostawałam sama w mieszkaniu pełnym wspomnień.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie Magda – przyjaciółka jeszcze z liceum:

– Anka, chodź do nas na kolację! Nie możesz tak siedzieć sama.

Nie chciało mi się wychodzić, ale poszłam. Przy stole śmialiśmy się z głupich żartów jej męża i przez chwilę poczułam ulgę. Po powrocie do domu spojrzałam w lustro i zobaczyłam kobietę inną niż ta sprzed kilku miesięcy – zmęczoną, ale silniejszą.

Z czasem zaczęłam dostrzegać małe radości: pierwszy uśmiech Szymona po długim czasie, wspólne wyjście do kina, rozmowy o przyszłości. Powoli budowałam nowy świat – bez Marka, ale z nadzieją.

Czasem jednak wracały pytania: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy rozwód to zawsze porażka? A może czasem to jedyna droga do odzyskania siebie?

Dziś wiem jedno: życie po rozwodzie jest inne – trudniejsze, ale też prawdziwsze. Każdego dnia uczę się być matką i kobietą na nowo.

Czy naprawdę można zacząć od nowa po takim końcu? Czy wybaczenie sobie jest możliwe? Co wy byście zrobili na moim miejscu?