Mój mąż miał romans… z własnym życiem. Odkryłam prawdę, która zmieniła wszystko.
– Gdzie byłeś tak długo? – zapytałam, kiedy Marek wrócił do domu po raz kolejny później niż zwykle. Było już po dwudziestej drugiej, dzieci spały, a ja siedziałam przy stole w kuchni, udając, że czytam gazetę. W rzeczywistości każda minuta jego nieobecności wbijała się we mnie jak kolec.
– Przepraszam, miałem dużo pracy – odpowiedział beznamiętnie, zdejmując płaszcz. Nawet na mnie nie spojrzał. Zamiast tego nalał sobie wody i zniknął w łazience.
Od miesięcy czułam, że Marek się oddala. Kiedyś rozmawialiśmy godzinami, śmialiśmy się z głupot, planowaliśmy wakacje. Teraz był jak cień – obecny ciałem, nieobecny duchem. Przestał mnie dotykać, patrzeć w oczy, pytać o cokolwiek. W domu był tylko fizycznie, a ja czułam się coraz bardziej samotna.
Początkowo tłumaczyłam to sobie stresem w pracy. Ale potem zaczęły pojawiać się drobne kłamstwa: „Muszę zostać dłużej”, „Jadę na delegację”, „Spotykam się z klientem”. Zaczęłam podejrzewać najgorsze. Czy Marek ma romans? Czy znalazł sobie kogoś młodszego, ciekawszego? Każda kobieta na ulicy wydawała mi się potencjalną rywalką.
Pewnego wieczoru nie wytrzymałam. Gdy Marek wyszedł z domu pod pretekstem spotkania służbowego, postanowiłam go śledzić. Serce waliło mi jak młotem, dłonie drżały na kierownicy. Jechałam za nim przez pół miasta, aż zatrzymał się przed starym budynkiem na Pradze. Wysiadł i wszedł do środka. Czekałam w samochodzie, obserwując wejście przez szybę.
Minęła godzina. Potem druga. W końcu ciekawość zwyciężyła nad strachem. Weszłam do środka i zaczęłam szukać Marka. Usłyszałam śmiech i muzykę dobiegającą z jednej z sal na piętrze. Otworzyłam drzwi i… zamarłam.
Marek tańczył. Tańczył jakby świat poza nim nie istniał – z grupą ludzi w różnym wieku, ubranych w kolorowe stroje. Był uśmiechnięty, rozluźniony, zupełnie inny niż w domu. Prowadził partnerkę przez salę z gracją, której nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
Stałam w progu jak sparaliżowana. Poczułam ukłucie zazdrości – nie o kobietę, z którą tańczył, ale o tę radość na jego twarzy. O to życie, którego nie znałam.
Po zajęciach wyszedł na korytarz i wtedy mnie zobaczył.
– Co ty tu robisz? – zapytał zaskoczony.
– To ja powinnam zapytać – odpowiedziałam drżącym głosem. – Od miesięcy żyjesz jakby obok mnie. Myślałam… myślałam, że masz romans.
Marek westchnął ciężko i opadł na ławkę.
– Może mam – powiedział cicho. – Ale nie z inną kobietą. Z samym sobą.
Nie rozumiałam.
– Przez lata żyłem tak, jak wszyscy ode mnie oczekiwali – tłumaczył dalej. – Praca, dom, dzieci, kredyt… A potem poczułem, że się duszę. Że tracę siebie. Zawsze marzyłem o tańcu, ale nigdy nie miałem odwagi spróbować. Teraz to jedyne miejsce, gdzie czuję się sobą.
Wróciliśmy do domu w milczeniu. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, próbując poukładać myśli. Czy to zdrada? Czy można zdradzić kogoś, wybierając siebie?
Następne dni były pełne napięcia i niedopowiedzeń. Marek nie ukrywał już swoich wyjść na taniec. Ja za to czułam się coraz bardziej zbędna w jego świecie. Zaczęłam analizować nasze życie kawałek po kawałku: kiedy ostatni raz rozmawialiśmy naprawdę szczerze? Kiedy ostatni raz robiliśmy coś razem dla przyjemności?
Pewnego popołudnia usiadłam przy stole z mamą i wybuchłam płaczem.
– On mnie już nie kocha – wyszeptałam.
Mama spojrzała na mnie ze smutkiem.
– Może kocha inaczej? Może po prostu chce być szczęśliwy?
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Bo czy ja sama byłam szczęśliwa? Czy nie zatraciłam się w roli żony i matki?
Zaczęłam obserwować siebie w lustrze: zmęczone oczy, przygarbione ramiona, wieczny pośpiech między pracą a domem. Kiedy ostatni raz zrobiłam coś tylko dla siebie?
Któregoś dnia Marek wrócił do domu wcześniej niż zwykle.
– Chciałbym ci coś pokazać – powiedział niepewnie.
Zabrał mnie na salę taneczną. Stałam onieśmielona wśród obcych ludzi, ale Marek podał mi rękę.
– Spróbuj ze mną – poprosił cicho.
Zatańczyliśmy razem pierwszy raz od lat. Poczułam jego dłoń na swojej talii i przez chwilę znów byliśmy blisko – jak kiedyś, zanim życie nas rozdzieliło.
Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy potrafię zaakceptować Marka takim, jakim jest teraz – czy potrafię znaleźć miejsce dla siebie w jego nowym świecie.
Ale jedno wiem na pewno: czasem największą zdradą jest zdrada samego siebie.
Czy można kochać kogoś i jednocześnie szukać siebie? Czy da się odbudować bliskość tam, gdzie pojawiła się samotność? Co wy byście zrobili na moim miejscu?