„To tylko obiad, co w tym trudnego?” – Jak jedno zdanie mojego męża zmieniło nasze życie
– To tylko obiad, co w tym trudnego? – usłyszałam zza pleców, kiedy z trudem wyciągałam gorący garnek z piekarnika. Michał stał w drzwiach kuchni, oparty nonszalancko o framugę, z telefonem w ręku. W tej jednej chwili poczułam, jak coś we mnie pęka. Moje ręce zaczęły drżeć, a w oczach stanęły łzy. Przez lata byłam tą, która wszystko ogarnia – od śniadań po kolacje, od prania po zebrania w szkole naszych dzieci. A on? On nawet nie wiedział, gdzie trzymam przyprawy.
– Skoro to takie proste, to może jutro ty zrobisz obiad? – powiedziałam cicho, ale stanowczo. Michał spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz usłyszał taki pomysł.
– No dobra, nie ma sprawy – odpowiedział z uśmiechem, który miał być żartobliwy, ale dla mnie był jak policzek.
Następnego dnia postanowiłam nie robić nic. Nie przygotowałam śniadania, nie spakowałam dzieciom kanapek do szkoły, nie nastawiłam prania. Michał krzątał się po kuchni, zaglądał do szafek, szukał płatków i mleka. Dzieci patrzyły na niego zdezorientowane.
– Mamo, a gdzie moje kanapki? – zapytała Zosia.
– Dziś tata się wszystkim zajmuje – odpowiedziałam spokojnie i wróciłam do czytania gazety.
Michał próbował ratować sytuację. Zrobił jajecznicę, która przypaliła się na patelni. Dzieci kręciły nosem. W pracy zadzwonił do mnie trzy razy z pytaniami: gdzie jest makaron, czy mamy jeszcze pomidory i jak długo gotować ziemniaki. Odpowiadałam krótko i rzeczowo.
Wieczorem wróciłam do domu i zobaczyłam chaos: brudne naczynia w zlewie, rozlane mleko na blacie, dzieci kłócące się o to, kto ma posprzątać zabawki. Michał siedział przy stole ze zmęczoną miną.
– To nie jest takie proste, co? – zapytałam spokojnie.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Nie wiedziałem…
Ale to nie był koniec. Przez kolejne dni trzymałam się swojego postanowienia. Nie robiłam zakupów, nie planowałam posiłków, nie przypominałam o wywiadówkach. Michał coraz bardziej się denerwował. Zaczął się spóźniać do pracy, dzieci chodziły głodne i rozdrażnione. W końcu wybuchł:
– Dlaczego to robisz? Przecież zawsze wszystko było dobrze!
– Bo nigdy nie zauważyłeś, ile pracy wkładam w nasz dom – odpowiedziałam ze łzami w oczach. – Myślisz, że to się robi samo?
Przez chwilę milczał. Potem podszedł do mnie i objął mnie mocno.
– Przepraszam. Naprawdę nie zdawałem sobie sprawy…
Ale przeprosiny to za mało. Potrzebowałam czegoś więcej – zmiany. Zaczęliśmy rozmawiać. O tym, jak dzielić obowiązki. O tym, że ja też mam prawo być zmęczona i mieć czas dla siebie. Michał zaczął gotować raz w tygodniu. Dzieci sprzątają po sobie zabawki. Ja chodzę na jogę i spotykam się z przyjaciółkami.
Nie było łatwo. Były kłótnie i łzy. Były dni, kiedy miałam ochotę wszystko rzucić i wyjechać na drugi koniec Polski. Ale nauczyliśmy się rozmawiać. Nauczyliśmy się doceniać siebie nawzajem.
Czasem wracam myślami do tamtego dnia i zastanawiam się: ile kobiet w Polsce słyszy codziennie takie słowa? Ile z nas czuje się niewidzialnych we własnym domu?
Może czasem warto powiedzieć „dość” i pokazać drugiej stronie, jak wygląda nasza codzienność naprawdę? Czy Wy też mieliście podobne doświadczenia? Jak sobie z nimi poradziliście?