Ostatni promień słońca: Jak pożegnaliśmy naszą córeczkę wśród łez i nadziei
— Mamo, czy Zosia jeszcze się obudzi? — głos mojego synka, Antosia, rozdarł ciszę szpitalnego korytarza. Stałam przy drzwiach sali intensywnej terapii, w dłoniach ściskając pluszowego misia Zosi. Moje serce biło tak głośno, że miałam wrażenie, iż zaraz rozsadzi mi klatkę piersiową. Spojrzałam na Antosia — miał zaledwie pięć lat, a już musiał zrozumieć coś, czego nawet ja nie potrafiłam pojąć.
Weszłam do sali. Zosia leżała spokojnie, jej drobne rączki spoczywały na białej pościeli. Aparaty wydawały rytmiczne dźwięki, a pielęgniarka, pani Jola, delikatnie poprawiała jej włosy. — Pani Marto, jeśli chce pani zostać sama z córką… — szepnęła. Skinęłam głową. Drzwi się zamknęły.
Usiadłam przy łóżku i zaczęłam cicho śpiewać „Ach śpij kochanie”, tak jak robiłam to każdego wieczoru w domu na warszawskim Ursynowie. Zosia uwielbiała tę kołysankę. Zawsze wtedy się uśmiechała, nawet gdy była już bardzo słaba. Teraz jej twarz była spokojna, jakby spała.
Przypomniałam sobie dzień, kiedy wszystko się zaczęło. Był majowy poranek, słońce wpadało przez okno kuchni. Zosia biegała po mieszkaniu z Antosiem, śmiejąc się do rozpuku. Nagle upadła. Myślałam, że to zwykłe potknięcie — dzieci przecież ciągle się przewracają. Ale ona nie wstała. Jej ciało było wiotkie jak lalka. Zaczęłam krzyczeć.
Pogotowie przyjechało po kilku minutach. Diagnoza: tętniak mózgu. Lekarze walczyli o jej życie przez kilka godzin. Potem przyszła dr Nowak i powiedziała: — Przykro mi, pani Marto. Zosia jest w stanie śmierci mózgowej.
Mój świat się zatrzymał.
Mąż, Tomek, był wtedy w delegacji w Gdańsku. Zadzwoniłam do niego, nie mogąc wydusić słowa. — Marta… co się stało? — pytał zrozpaczony. — Tomek… Zosia… ona już nie wróci — wyszeptałam przez łzy.
Przez kolejne dni żyliśmy jak w zawieszeniu. Rodzina przyjeżdżała z całej Polski: mama z Białegostoku, siostra z Krakowa. Wszyscy płakali, ale nikt nie wiedział, co powiedzieć. Najgorsze były noce — cisza rozdzierała mnie od środka.
Pewnego popołudnia do sali weszła pani psycholog, Anna. Usiadła naprzeciw mnie i delikatnie zapytała:
— Czy myślała pani o możliwości oddania organów Zosi?
Zamarłam. To było jak cios prosto w serce.
— Jak mam oddać część mojego dziecka komuś obcemu? — wykrztusiłam przez łzy.
— Rozumiem pani ból — odpowiedziała cicho. — Ale może dzięki temu inne dzieci dostaną szansę na życie.
Tomek był przeciwny. — Nie dam rady… To tak jakbyśmy ją naprawdę stracili — mówił drżącym głosem.
Mama milczała, tylko tata spojrzał na mnie i powiedział: — Marta, to najtrudniejsza decyzja w twoim życiu. Ale Zosia była taka dobra… Może to jej ostatni dar?
Całą noc siedziałam przy łóżku córki. Patrzyłam na jej drobne paluszki i zastanawiałam się, czy mam prawo decydować o jej ciele. Przypomniałam sobie jednak wszystkie te historie o dzieciach czekających na przeszczep serca czy nerek… O matkach takich jak ja, które modlą się o cud.
Nad ranem podjęłam decyzję.
— Pani doktor… zgadzam się — powiedziałam drżącym głosem do dr Nowak.
— Dziękuję pani za tę odwagę — odpowiedziała ze łzami w oczach.
Ostatnie chwile z Zosią były najtrudniejsze w moim życiu. Pielęgniarki przyszły i zaczęły śpiewać jej ulubioną kołysankę. Tomek trzymał mnie za rękę, Antoś tulił się do moich nóg i pytał: — Mamo, czy Zosia będzie teraz aniołkiem?
— Tak, kochanie… będzie najpiękniejszym aniołkiem na niebie.
Po wszystkim wróciliśmy do pustego mieszkania. Jej łóżeczko stało nietknięte, zabawki leżały tam, gdzie zostawiła je ostatni raz. Każdy kąt przypominał mi o niej. Przez wiele tygodni nie potrafiłam wejść do jej pokoju.
Ludzie różnie reagowali na naszą decyzję. Jedni mówili: „Jesteście bohaterami”, inni szeptali za plecami: „Jak mogli oddać ciało własnego dziecka?”. Nawet w rodzinie pojawiły się konflikty — siostra zarzuciła mi egoizm, mama płakała po nocach.
Ale pewnego dnia zadzwonił telefon ze szpitala.
— Pani Marto… dzięki organom Zosi uratowaliśmy troje dzieci.
Zalałam się łzami. Po raz pierwszy od tygodni poczułam coś na kształt ulgi.
Dziś mijają dwa lata od tamtego dnia. Antoś często rysuje Zosię jako aniołka z wielkimi skrzydłami i mówi: „Ona teraz pilnuje innych dzieci”. Ja nauczyłam się żyć z bólem i żałobą, ale też z poczuciem dumy i nadziei.
Często pytam siebie: czy postąpiłam słusznie? Czy miałam prawo decydować o losie mojego dziecka? A może właśnie wtedy okazałam największą miłość? Co wy byście zrobili na moim miejscu?