Mąż miał mieszkanie po rodzicach i czternaście tysięcy pensji. Ja musiałam prosić o pieniądze na buty dla syna
Zobaczyłam czerwony znak zapytania przy kwocie osiemnaście dziewięćdziesiąt i przez chwilę nie mogłam przełknąć herbaty. Andrzej zaznaczył w zeszycie mój zakup podpasek. Obok dopisał: „Przecież były kupowane w zeszłym miesiącu”.
Stał przy ekspresie, już ubrany do pracy. Nie był zły. Właśnie to bolało najbardziej. Wyglądał jak człowiek, który zauważył błąd w rachunku za prąd.
— To nie jest produkt na całe życie — powiedziałam.
— Nie musisz być złośliwa. Pytam tylko, gdzie idą pieniądze.
Miałam trzydzieści dziewięć lat, pracę w szkolnej kuchni i osiem lat małżeństwa. A czułam się jak uczennica przyłapana na kradzieży drobnych.
Mieszkanie odziedziczył po rodzicach. Trzy pokoje, duży balkon, porządne osiedle pod Warszawą. Od początku mówił „moje mieszkanie”. Najpierw nie zwracałam uwagi. Potem zauważyłam, że tak samo mówi przy gościach, hydrauliku i naszym synu.
— U mnie nie będziemy wiercić w niedzielę — oznajmił kiedyś, gdy chciałam powiesić półkę na książki.
Półka przez rok stała oparta o ścianę.
Zarabiałam niecałe trzy tysiące na trzy czwarte etatu. Tak ustaliliśmy po narodzinach Kuby: ja odbieram, zostaję podczas chorób, pamiętam o szczepieniach. Andrzej zarabiał około czternastu tysięcy. Opłacał mieszkanie i uważał, że tym wyczerpuje wszystkie obowiązki wobec rodziny.
Moja wypłata szła na jedzenie, świetlicę, ubrania dla Kuby. Kiedy brakowało, prosiłam o przelew. Dostawałam pieniądze, ale najpierw musiałam przesłać listę wydatków.
Nie krzyczał. Nigdy mnie nie uderzył. Potrafił za to zapytać przy kasie, czy naprawdę potrzebuję droższego jogurtu, i spokojnie odłożyć go na półkę.
Zaczęłam wybierać najtańszy, nawet gdy robiłam zakupy sama.
Tamtego listopadowego popołudnia Kuba wrócił ze szkoły z mokrymi skarpetkami. Rozkleiła mu się podeszwa. Postawiłam buty przy kaloryferze i napisałam do Andrzeja, że potrzebujemy stu pięćdziesięciu złotych na nowe.
Odpisał: „A świadczenie na dziecko? Przecież dostałaś”.
Wysłałam zdjęcia opłat za obiady, kurtki i leków. Siedziałam nad telefonem, gdy Kuba przyniósł ze swojego pokoju skarbonkę.
— Mamo, ja mam sześćdziesiąt dwa złote. Tylko nie pytaj już taty.
Miał siedem lat.
Nie rozpłakałam się przy nim. Przytuliłam go, aż zaczął się wiercić. Wieczorem zamknęłam się w łazience i odkręciłam wodę. Tak, żeby nie było słychać.
Następnego dnia zaczęłam szukać mieszkania.
Kiedy powiedziałam siostrze, zapytała, czy Andrzej mnie zdradza. Gdy zaprzeczyłam, długo milczała.
— Może on po prostu taki oszczędny? Masz gdzie mieszkać, dziecko ma swój pokój…
— Ja tam też mieszkam, Anka. Tylko coraz częściej mam wrażenie, że za pozwoleniem.
Obejrzałam cztery kawalerki. W jednej śmierdziało wilgocią, w drugiej właścicielka nie chciała dziecka. Trzecia kosztowała prawie całą moją pensję.
Czwarta miała dwadzieścia siedem metrów, kuchnię bez okna i widok na parking. Wielka płyta, ósme piętro. Tysiąc osiemset odstępnego, do tego opłaty. Policzyłam wszystko na odwrocie szkolnej kartki Kuby. Z wypłatą i świadczeniem zostawało nam na jedzenie, bilety i niewiele więcej.
Kaucję pożyczyła mi Anka. Bez kolejnych rad. Powiedziała tylko:
— Oddasz, jak będziesz mogła.
Andrzej dowiedział się w sobotę, kiedy wyciągnęłam walizkę.
— Dokąd jedziesz?
— Wyprowadzamy się. Złożyłam wniosek o alimenty i ich zabezpieczenie na czas sprawy. O kontaktach z Kubą musimy porozmawiać osobno.
Odłożył telefon. Dopiero wtedy naprawdę na mnie spojrzał.
— Przecież niczego wam tutaj nie brakuje.
— Butów zabrakło.
— Nie rób przedstawienia z jednej wiadomości.
Miałam ochotę wyciągnąć wszystkie paragony, pokazać mu zeszyt, przypomnieć jogurty. Zamiast tego zapięłam walizkę. No bo ile można tłumaczyć to samo.
Nie zatrzymywał mnie. Zapytał tylko, czy wiem, ile kosztuje samodzielne życie.
Wiedziałam co do złotówki.
Pierwszej nocy spałam na rozkładanej kanapie, a Kuba na materacu. Za ścianą ktoś oglądał telewizję. Lodówka buczała tak głośno, że dwa razy sprawdzałam, czy się nie psuje.
Rano syn zapytał, kiedy wrócimy do jego pokoju.
To zabolało bardziej niż wszystko, co powiedział Andrzej.
— Nie wiem, kochanie. Tutaj też urządzimy ci kąt.
Odwróciłam się do czajnika, żeby nie widział mojej twarzy.
Nie będę udawać, że od razu zrobiło się dobrze. Pod koniec miesiąca liczyłam kromki chleba. Kuba tęsknił za tatą, a ja czasem oglądałam zdjęcia dawnej kuchni i myślałam, czy nie popełniłam błędu.
Ale wczoraj kupiłam synowi buty. Zachowałam paragon na wypadek reklamacji i schowałam go do szuflady. Nie musiałam nikomu wysyłać zdjęcia.
Wciąż boję się następnego rachunku. Czy to źle, że mimo tego ani razu nie zatęskniłam za byciem żoną we własnym domu tylko za pozwoleniem?