Przyjęłam syna i synową, kiedy stracili pracę. Po kilku miesiącach musiałam pytać, czy mogę usiąść we własnej kuchni
Moje zdjęcie ślubne leżało w kartonie pod stołem, przygniecione książką kucharską. Obok stały dwa worki z włóczką i lampka, przy której wieczorami rozwiązywałam krzyżówki. Wróciłam z przychodni z plastrem w zgięciu łokcia i przez chwilę naprawdę myślałam, że pomyliłam mieszkania.
Magda przecierała pusty regał.
— Robimy trochę miejsca. Tu będzie biurko Pawła.
— To są moje rzeczy.
— Przecież ich nie wyrzucamy, mamo.
Nie lubiłam, kiedy mówiła do mnie „mamo” takim tonem. Jak do dziecka, któremu trzeba spokojnie wyjaśnić coś oczywistego.
Osiem miesięcy wcześniej sama oddałam im większy pokój. Paweł stracił pracę w magazynie, a dwa tygodnie później Magdzie nie przedłużono umowy w recepcji hotelowej. Kończył im się najem. Kaucja miała pójść na zaległy czynsz.
— Na chwilę, aż staniemy na nogi — powiedział syn, stojąc w przedpokoju z torbą przewieszoną przez ramię.
Przytuliłam go. Miał trzydzieści dwa lata, ale wtedy zobaczyłam chłopca, który kiedyś wracał ze szkoły i chował przede mną jedynkę.
Po śmierci mojego męża mieszkanie było za ciche. Pomyślałam nawet, że może wszystkim nam dobrze zrobi wspólny obiad i czyjeś buty przy drzwiach.
Pierwszy miesiąc był dobry. Magda gotowała zupę, Paweł wymienił cieknącą baterię. Wieczorami oglądaliśmy telewizję. Nie ustaliliśmy kwoty na rachunki. Wstydziłam się zaczynać od pieniędzy, skoro przyszli po pomoc.
Potem drobiazgi zaczęły układać się w coś, czego nie chciałam nazwać.
Mój kubek przeszkadzał na blacie. Radio grało za głośno, choć Magda rozmawiała przez telefon na głośniku. Nie powinnam smażyć cebuli wieczorem, bo zapach wchodził im w ubrania. Gdy przychodziła moja siostra Zofia, Paweł wzdychał i zamykał drzwi pokoju.
— Mogłabyś uprzedzać, że ktoś będzie — rzucił któregoś dnia.
— To moja siostra.
— Ale my też tu mieszkamy.
Zaczęłam uprzedzać. Nawet o hydrauliku.
Z emerytury opłacałam czynsz, prąd i większość zakupów. Po podwyżce opłat zostawało mi niewiele ponad tysiąc złotych na leki, jedzenie i wszystko inne. Przy kasie odkładałam ser, który lubiłam. W domu znajdowałam w lodówce napoje energetyczne i pudełka po zamówionym jedzeniu.
Kiedy poprosiłam o dokładanie choćby po trzysta złotych, Magda odłożyła widelec.
— Gdybyśmy mieli, tobyśmy dali.
— Paweł przecież od miesiąca pracuje.
— Przez agencję, mamo. Nie na stałe — odpowiedział, nie patrząc na mnie. — Musimy odłożyć na swoje.
Chciałam, żeby odłożyli. Tylko dlaczego moje leki mogły czekać, a ich wyprowadzka miała być finansowana z mojej emerytury?
Nie powiedziałam tego wtedy. Pozmywałam naczynia, także ich talerze, i poszłam do swojego małego pokoju.
Najbardziej zabolała mnie szuflada.
Trzymałam w niej dokumenty i koperty z pieniędzmi. Zastałam ją otwartą, a na stole leżała decyzja o wysokości mojej emerytury.
— Szukałam instrukcji od pralki — wyjaśniła Magda.
— W kopercie z ZUS-u?
Poczerwieniała. Paweł powiedział, żebym nie robiła przesłuchania. Pamiętam, że ścisnęłam uchwyt szuflady tak mocno, aż rozbolały mnie palce.
Po kartonach pod stołem już nie potrafiłam udawać.
Zdjęłam płaszcz, postawiłam torebkę i poprosiłam, żeby oboje usiedli.
— Moje rzeczy wracają na miejsce. Do mojego pokoju wchodzicie po zapukaniu. Od przyszłego miesiąca dokładacie się do opłat i dzielimy sprzątanie.
Paweł parsknął.
— To może od razu podpiszemy umowę najmu?
— Możemy. Jeśli tylko wtedy potraktujesz mnie poważnie.
Zapadła cisza. A potem usłyszałam, że wypominam pomoc. Że Magda właśnie zaczęła pracę w sklepie i potrzebują spokoju. Że matka nie powinna tak liczyć własnemu dziecku.
Popłakałam się. Nie chciałam, ale no nie dałam rady.
— Ja nie liczę, ile ci dałam. Ja już liczę, czy wystarczy mi do końca miesiąca.
Paweł spojrzał na mnie dopiero wtedy.
Następnego dnia zostawiłam na stole rachunki. Bez przemowy. Dopisaliśmy, kto robi zakupy, kto sprząta łazienkę i ile przelewają na opłaty.
Nie zrobiło się miło. Przez kilka tygodni rozmawialiśmy głównie o tym, czy pralka jest wolna. Ale pieniądze przyszły.
Dwa miesiące później znaleźli kawalerkę. Pomogłam zapakować talerze, choć Magda powiedziała, że poradzą sobie sami.
Przy drzwiach Paweł długo szukał kluczy.
— Chyba za bardzo się rozgościliśmy — mruknął.
— Tak, synku.
Chciałam go przytulić, ale stał z kartonem. Odsunęłam się, żeby mógł przejść.
Wieczorem postawiłam zdjęcie męża z powrotem na regale. Zrobiłam herbatę w swoim kubku. W mieszkaniu było cicho i trochę smutno. Nie żałowałam jednak tego, co powiedziałam.
Nadal chcę być dla syna domem, do którego może wrócić. Czy naprawdę muszę przy tym oddawać mu prawo do decydowania o moim?