Przestałam być kucharką we własnym domu i wtedy mój mąż w końcu zrozumiał
– To co, znowu makaron? – Paweł nawet nie zdjął butów w przedpokoju, tylko zajrzał do garnka i zrobił tę minę, którą już znałam na pamięć. – Serio, Marta? Przecież mówiłem, że po całym dniu chcę normalny obiad, a nie coś na szybko.
Stałam przy blacie w garsonierze, właściwie to już nie garsonierze, tylko naszym dwupokojowym mieszkaniu na kredyt, i czułam, jak mi ręce drżą ze zmęczenia. Wróciłam po dziesięciu godzinach z biura, po drodze odebrałam Olka z przedszkola, zrobiłam zakupy w Biedronce, bo znowu wszystko podrożało i człowiek liczy każdą złotówkę, a potem jeszcze ugotowałam makaron z kurczakiem i szpinakiem. Świeży. Nie żadne słoiki, nie mrożonka, nie gotowiec. A on wszedł i pierwsze, co powiedział, to „znowu makaron”.
Powinnam była odezwać się wcześniej. Naprawdę. Ale przez lata robiłam to, co robi masa kobiet: zaciskałam zęby i myślałam, że jakoś to ogarnę. Bo przecież oboje pracujemy, oboje zarabiamy podobnie, rata za mieszkanie sama się nie spłaci, przedszkole kosztuje, paliwo kosztuje, życie kosztuje. Tylko że u nas to „jakoś” od początku oznaczało, że ja pamiętam o wszystkim.
O tym, że kończy się proszek do prania.
O tym, że Paweł nie lubi zup kremów, bo „to jedzenie dla dzieci”.
O tym, że jego ulubiony serek ma być ten konkretny, nie inny.
O tym, że lodówka ma być pełna, a obiad najlepiej codziennie inny.
On też robił różne rzeczy. Żeby nie było. Potrafił zawieźć auto do mechanika, skręcić szafkę, czasem odkurzył salon, jak mu powiedziałam wprost. Ale cała niewidzialna robota była moja. Lista zakupów, planowanie posiłków, pranie, zmiana pościeli, mycie łazienki, pilnowanie, co trzeba kupić do przedszkola, kiedy jest zebranie, kiedy szczepienie, kiedy prezent na urodziny siostrzenicy.
I jeszcze jego teksty.
– Ja po prostu lubię dobrze zjeść.
– Nie wymagam nie wiadomo czego.
– U mojej mamy zawsze był ciepły obiad.
Ten ostatni wbijał mi się pod skórę najmocniej.
Bo jego mama nie pracowała na pełen etat przez większość życia. A ja pracowałam. Czasem brałam nadgodziny, bo inflacja tak nas przycisnęła, że bez tego nie dopinalibyśmy budżetu. I naprawdę starałam się. Tylko że im bardziej się starałam, tym mniej to było widoczne.
Punktem zapalnym był zwykły czwartek. Taki aż głupio mówić.
W pracy miałam sajgon, kierowniczka dorzuciła mi projekt na już, Olek marudził, że boli go gardło, a w aptece kolejka jak za dawnych czasów. Wróciłam do domu po dziewiętnastej. Zrobiłam na szybko jajecznicę z pomidorami i grzankami, bo nie miałam już siły stać przy garach godzinę.
Paweł popatrzył na talerz i rzucił:
– To jest kolacja, a nie obiad.
Nawet nie podniósł głosu. I to było chyba gorsze. Taki chłodny zawód, jakbym znowu nie zdała egzaminu.
– To sobie zrób obiad – odpowiedziałam.
Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała coś absurdalnego.
– Marta, no bez przesady.
– Bez przesady? Ja od miesięcy nie mam chwili, żeby usiąść. Ty wracasz i oceniasz. Ciągle oceniasz. Za mało przyprawione, za proste, znowu to samo, czemu nie kupiłaś tego, tamtego. Ja też pracuję. Ja też jestem zmęczona.
– To powiedz, że ci ciężko, a nie obrażasz się o jedzenie.
I wtedy mnie normalnie odcięło.
– Ja ci mówię od dawna. Tylko ty słyszysz dopiero, jak nie masz kotleta na talerzu.
Była cisza. Olek siedział w dużym pokoju i oglądał bajkę, a my staliśmy w tej naszej kuchni, między suszarką z praniem a reklamówką z zakupami, i czułam, że albo teraz coś się zmieni, albo ja naprawdę któregoś dnia wyjdę i nie wrócę na noc, żeby tylko przez chwilę nikt nic ode mnie nie chciał.
Powiedziałam mu wtedy wprost, może pierwszy raz tak ostro:
– Od jutra nie jestem jedyną osobą od kuchni i sprzątania. Nie jestem twoją mamą ani pomocą domową. Chcesz jeść świeże obiady codziennie? To super. To się naucz planować, kupować i gotować. Albo jedz prościej, jak normalni ludzie po pracy.
Obraził się. Jasne, że się obraził.
Przez dwa dni chodził naburmuszony. Trzeciego wrócił wcześniej i zadzwonił do mnie z Lidla.
– Jaki ryż kupujemy?
A potem:
– Ile się piecze udka?
I jeszcze wieczorem, już ciszej:
– Ty to wszystko pamiętasz z głowy?
Nie odpowiedziałam od razu. Kroiłam ogórka i tak mnie ścisnęło w gardle, że ledwo mówiłam.
– No. Ktoś musiał.
Pierwszy jego obiad był średni, nie oszukujmy się. Ryż rozgotowany, surówka za słona. Olek i tak zjadł, bo był zachwycony, że tata gotował. Paweł siedział przy stole jakiś taki przygaszony.
– Dobra – powiedział. – Chyba nie kumałem, ile tego jest.
Chciałam triumfować, wypomnieć mu wszystko. Naprawdę miałam to na końcu języka. Ale też nie byłam święta. Sama przez lata robiłam za troje, bo było szybciej, bo po mojemu, bo bałam się awantury i tego, że jak odpuszczę, to wszystko się posypie. Trochę go tego nauczyłam. A raczej oduczyłam odpowiedzialności.
Nie zmienił się nagle w idealnego faceta. Nadal czasem marudzi. Nadal trzeba coś dopowiedzieć. Ale teraz w sobotę robi większe zakupy, dwa razy w tygodniu gotuje, ogarnia kuchnię po kolacji i jak widzi, że padam, to nie pyta, czemu znowu kanapki, tylko sam wyciąga patelnię.
Najbardziej zabolało mnie to, że musiał najpierw poczuć niewygodę na własnej skórze, żeby zobaczyć mnie. Nie „obiad”. Mnie.
I czasem się zastanawiam, ile z nas żyje tak po cichu, aż w końcu pęknie przy głupiej jajecznicy.
Powiedzcie mi szczerze: trzeba było postawić sprawę ostrzej dużo wcześniej, czy on naprawdę tak długo mógł nie widzieć, co się dzieje we własnym domu?