Mój mąż mówi, że przesadzam. A ja od miesięcy czuję się jak mebel we własnym domu

– Serio nawet nie zauważyłeś, że byłam wczoraj u fryzjera?

Paweł stał przy zlewie, płukał kubek po kawie i nawet się nie odwrócił.

– Aga, proszę cię. Naprawdę teraz?

To „naprawdę teraz?” zabolało mnie bardziej niż brak komplementu. Bo to nie chodziło o włosy. Nigdy nie chodziło o włosy. Tylko o to, że od dawna czułam się w tym domu jak powietrze. Niby jestem, niby wszystko działa, ale nikt mnie nie widzi.

Mamy dwójkę dzieci, kredyt hipoteczny na trzy pokoje w bloku pod Warszawą, dwa samochody na raty i kalendarz tak zapchany, że czasem wpisywałam sobie w telefon „kupić dzieciom skarpetki”, bo bałam się, że i to mi wyleci z głowy. Ja pracuję na etacie w przychodni rejestracji, Paweł w hurtowni budowlanej. Życie nie było luksusowe, ale też nie było tragedii. Właśnie tym on wszystko ucinał.

– O co ci znowu chodzi? – rzucił kiedyś, kiedy wieczorem usiadłam obok niego na kanapie. – Dzieci zdrowe, robota jest, raty spłacane. Naprawdę nie wymyślaj problemów.

Wymyślaj.

To słowo we mnie siedzi do dziś.

Bo ja nie wymyślałam. Ja po prostu coraz częściej jadłam kolację stojąc przy blacie, bo on patrzył w telefon. Zasypiałam obok faceta, który nawet nie zauważał, że od tygodni płaczę po cichu w łazience, żeby dzieci nie słyszały. Rozmawialiśmy już właściwie tylko o tym, kto odbiera Julkę z przedszkola, czy Franek ma strój na WF i ile przyszło za prąd.

Próbowałam naprawdę. Nie tak, że raz i koniec.

Zaproponowałam, żebyśmy gdzieś wyszli, chociaż na spacer bez dzieci.

– Nie mam siły – mruknął.

Kupiłam jego ulubione pączki w tłusty czwartek, tak głupio, żeby było milej.

– Dzięki – powiedział, nawet nie podnosząc wzroku znad meczu.

Napisałam mu kiedyś w pracy wiadomość: „Tęsknię za tobą”.

Odpisał po trzech godzinach: „Kup po drodze papier toaletowy”.

Śmieszne? No może trochę. Ja też bym się może z tego zaśmiała, gdyby to nie było tak strasznie smutne.

Tylko że ja też nie jestem święta. Przez długi czas udawałam twardą. Obrażałam się po cichu, zamiast mówić wprost. Jak było mi źle, to zaciskałam zęby i robiłam swoje. Potem wybuchałam o byle co. O otwartą szafkę. O ręcznik rzucony na łóżko. O to, że znowu zostawił brudny garnek w zlewie.

I on wtedy patrzył na mnie jak na wariatkę.

Może trochę sama go tego nauczyłam. Że wszystko jakoś ogarnę. Że można mnie zbyć, a ja i tak zrobię śniadanie dzieciom, opłacę obiady w szkole, zapiszę Julkę do dentysty na NFZ, zadzwonię do teściowej z życzeniami i jeszcze pamiętam o prezencie na komunię chrześniaka.

Najgorsze było to, że przy ludziach byliśmy „normalni”. Na urodzinach u mojej siostry Paweł nawet objął mnie w pasie. Teściowa od razu:

– No, kochają się, tylko oboje zmęczeni.

A ja się uśmiechnęłam, jak idiotka. Bo przecież nie będę robić scen. Nie będę prać brudów. Są dzieci, rodzina, sąsiedzi. W bloku i tak wszystko słychać, jeszcze tego brakuje, żeby gadali.

Pękło w zwykły wtorek. Taki najbardziej nijaki.

Dzieci spały. W kuchni buczała zmywarka. Paweł siedział przy stole i przeglądał coś na telefonie. Powiedziałam spokojnie, naprawdę spokojnie:

– Ja już nie daję rady tak żyć.

Westchnął ciężko, odłożył telefon i od razu poczułam to znajome napięcie.

– Ale jak żyć? Aga, przesadzasz. Normalnie żyjemy.

– Nie żyjemy normalnie. My tylko mieszkamy razem.

– O Jezu…

– Nie, posłuchaj mnie w końcu. Ja się czuję samotna przy tobie. Jakby ci było wszystko jedno, czy ja jestem, czy mnie nie ma.

Zamilkł. Myślałam przez chwilę, że może pierwszy raz naprawdę mnie słyszy.

Ale on tylko pokręcił głową.

– Ty zawsze chcesz czegoś więcej. Ciągle ci mało. Dom jest? Jest. Dzieci zaopiekowane? Są. Pieniędzy nie brakuje. Nikt nie choruje. To o co chodzi?

I wtedy coś we mnie siadło. Nie eksplodowało. Właśnie gorzej. Jakby mi ktoś zgasił światło.

Powiedziałam cicho:

– O mnie chodzi.

Patrzył na mnie pustym wzrokiem. Naprawdę. Jakby nie rozumiał tego zdania.

Wstałam, poszłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Siedziałam na podłodze między koszem na pranie a dziecięcym stołkiem i trzęsły mi się ręce. Nie dlatego, że chciałam od niego cudów. Kolacji przy świecach, wielkich deklaracji, weekendu w spa. Ja chciałam, żeby zapytał, jak się czuję. Żeby mnie przytulił bez powodu. Żeby zauważył, że od miesięcy jestem smutna i ledwo się trzymam.

Następnego dnia zachowywał się, jakby nic się nie stało. Rano tylko rzucił:

– Odbierzesz Franka o siedemnastej? Bo mam dłużej w robocie.

I to było chyba najgorsze. Ta jego zwyczajność. Jakby moja rozpacz była tylko kolejnym domowym hałasem, który da się przeczekać.

Od tamtej rozmowy minęły trzy tygodnie. Śpimy obok siebie, ale nie razem. Dzielimy rachunki, obowiązki i listę zakupów w telefonie. Czasem łapię się na tym, że patrzę na niego przy śniadaniu i próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio poczułam, że jestem jego żoną, a nie współlokatorką od logistyki życia.

Najgorsze jest to, że wciąż go kocham. Chyba. Albo kocham to, kim byliśmy kiedyś. Sama już nie wiem.

I nie wiem też, czy on naprawdę jest taki obojętny, czy po prostu przez lata nauczył się, że o uczuciach się nie gada, tylko się robi swoje i jakoś to będzie. Tylko ile można „jakoś”? I czy małżeństwo bez czułości to jeszcze małżeństwo, czy już tylko umowa na wspólne opłacanie rachunków?

Powiedzcie szczerze: ja naprawdę przesadzam, czy po prostu za długo dawałam sobie wmówić, że brak bliskości to nie jest żaden problem?