Patrzyłam, jak nasz syn sinieje, a i tak największy chłód czułam potem w domu
„Serio znowu płaczesz?” — usłyszałam z sypialni, kiedy o trzeciej nad ranem stałam w kuchni w poplamionej mlekiem koszulce, bujając naszego trzymiesięcznego syna. „Dzieci płaczą, Marta. To nie jest koniec świata”.
A mnie ręce już dosłownie leciały. Mały od dwóch tygodni prawie nie spał. Zasypiał na dwadzieścia minut, budził się z krzykiem, prężył, ulewał, a potem przez godzinę nie dało się go odłożyć nawet na sekundę. Ja też nie spałam. Chodziłam jak pijana. Raz wstawiłam czajnik do lodówki. Innym razem szukałam telefonu, mając go w staniku. Śmieszne? Może i tak. Tylko wtedy mi nie było do śmiechu.
Paweł od początku powtarzał, że przesadzam.
„Każda kobieta przez to przechodzi.”
„Moja matka miała trójkę i nie robiła takiej afery.”
„Ty tylko siedzisz w domu, to się połóż z nim w dzień.”
To „tylko siedzisz w domu” bolało mnie najbardziej. Bo ten dom wyglądał jak po przejściu huraganu, pranie piętrzyło się na suszarce w salonie, w zlewie stały butelki po mleku i garnki po niedojedzonym rosole, a ja czasem do czternastej nie miałam kiedy umyć zębów. Paweł wracał z pracy, rzucał klucze na komodę i pytał, co na obiad. Jak mówiłam, że nie zrobiłam, obrażał się i zamawiał kebaba tylko dla siebie. Dla mnie zostawały zimne tosty albo nic.
I nie, nie byłam święta. Zamiast powiedzieć wprost, że nie daję rady, długo zaciskałam zęby. Udawałam przed jego matką, że „wszystko okej, tylko kolki”. Przed swoją też. Wstydziłam się, że sobie nie radzę. Że może faktycznie jestem słaba. Że inne jakoś ogarniają, a ja ryczę nad przewijakiem, bo dziecko kolejny raz obudziło się po piętnastu minutach.
Najgorzej było tamtej soboty.
Mały nagle zrobił się wiotki, blady, potem jakby siny wokół ust. Przestał płakać i to było jeszcze gorsze niż płacz. Ja spanikowałam kompletnie.
„Paweł, dzwoń po pogotowie, teraz!”
Pierwszy raz zobaczyłam w jego oczach prawdziwy strach. Nie to znudzenie, nie irytację. Strach. Trzęsły mu się ręce, kiedy zapinał małego w nosidełko. W szpitalu siedzieliśmy na SOR-ze chyba cztery godziny. Ja w dresie, z włosami związanymi byle jak, on blady jak ściana. Kiedy pielęgniarka zabrała syna na badania, zaczęłam się trząść tak, że nie mogłam utrzymać kubka z herbatą.
Paweł wtedy objął mnie pierwszy raz od nie pamiętam kiedy.
„Marta, spokojnie. Jestem. Słyszysz? Jestem.”
I ja się wtedy popłakałam jak dziecko. Bo przez moment naprawdę poczułam, że nie jestem sama. Że może on po prostu nie widział, jak źle jest. Że ten strach coś w nim odblokował.
Lekarz powiedział, że to najpewniej silny bezdech związany z refluksem i napięciem, że mamy obserwować, dostałam zalecenia, skierowanie do poradni, listę rzeczy do pilnowania. Wróciliśmy do domu nad ranem. Paweł zrobił mi kawę, przejął małego na dwie godziny i powiedział, że od teraz się dzielimy, bo „to już nie są żarty”.
Przez dwa dni było inaczej. Naprawdę.
Przewinął go bez miny męczennika. Posprzątał kuchnię. Nawet sam zadzwonił do przychodni, bo terminy do gastrologa na NFZ były absurdalne. Pomyślałam: dobra, może ten szpital nami wstrząsnął. Może jeszcze z tego wyjdziemy.
A potem wszystko wróciło.
„Muszę się wyspać, bo jutro mam robotę.”
„Nie przesadzaj, przecież teraz jest spokojniejszy.”
„Znowu chcesz robić ze mnie najgorszego?”
Któregoś wieczoru siedziałam na kanapie i karmiłam małego, a Paweł grał na telefonie. Powiedziałam cicho, że od trzech dni mam zawroty głowy i boję się, że zasnę z dzieckiem na rękach.
Nawet nie podniósł wzroku.
„To się połóż wcześniej.”
Coś we mnie wtedy pękło.
„Kiedy, Paweł? Między jednym krzykiem a drugim? Między praniem a gotowaniem? Czy może wtedy, kiedy ty oglądasz filmiki i mówisz mi, że inne kobiety dają radę?”
Odłożył telefon. Westchnął ciężko, jakbym była kolejnym obowiązkiem.
„Marta, ale ty też już jesteś nakręcona. Każde moje słowo odbierasz jak atak.”
„Bo ja nie mam męża, tylko współlokatora, który czasem łaskawie zrobi herbatę.”
Zamilkł. Wziął klucze i wyszedł „się przewietrzyć”. Wrócił po dwóch godzinach. Pachniał papierosami, chociaż rzucił rok temu. Nie odezwał się prawie wcale. Następnego dnia zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło.
A ja zaczęłam się bać samej siebie. Tego, że coraz częściej patrzę na niego i czuję nie smutek, tylko czystą urazę. Tego, że kiedy słyszę jego kroki na klatce, nie czuję ulgi, tylko napięcie. Raz, kiedy mały płakał trzecią godzinę, usiadłam na podłodze w łazience i pomyślałam, że gdybym teraz zniknęła na tydzień, może dopiero wtedy ktoś by zauważył, ile ja dźwigam. Od razu zadzwoniłam do swojej mamy, bo przestraszyłam się tej myśli.
Przyjechała wieczorem z rosołem i reklamówką zakupów. Popatrzyła na mnie i tylko powiedziała: „Dziecko, ty wyglądasz jak cień”. I wiecie co? To było więcej czułości niż dostałam od męża przez ostatnie miesiące.
Nie wiem, czy ten związek da się jeszcze uratować. Kocham go, chyba nadal, ale miłość przy niemowlaku i kompletnym braku wsparcia zaczyna przypominać kredyt, który spłacam sama, a rata co miesiąc rośnie. I już nie wiem, czy ja walczę o rodzinę, czy tylko o to, żeby nie przyznać przed ludźmi, że nam się sypie.
Powiedzcie mi szczerze — czy ja naprawdę przesadzam, czy po prostu za długo dawałam sobie wmówić, że zmęczenie kobiety po porodzie to „normalka” i ma siedzieć cicho?
Bo jeśli mąż budzi się dopiero wtedy, gdy dziecku dzieje się krzywda, to czy to jeszcze partnerstwo, czy już tylko ładne słowo?