Przestałam być córką, stałam się opiekunką. A mój brat przypomniał sobie o mamie dopiero przy spadku
– Ty się chyba przyzwyczaiłaś do tego mieszkania, co? – Paweł nawet nie zdjął kurtki, tylko stał w przedpokoju i patrzył na mnie, jakbym była obca. – Mama jeszcze żyje, a ty już liczysz metry?
Powiedziałam to za głośno. Mama leżała w dużym pokoju za cienką ścianą i niby spała, ale przy tej chorobie nigdy nie było wiadomo, co słyszy. Paweł zacisnął szczękę, spojrzał na reklamówkę z lekami przy drzwiach i prychnął.
– Nie odwracaj kota ogonem. Trzeba myśleć, co dalej. Mieszkanie stoi, opłaty rosną, a ty siedzisz na pół etatu i udajesz świętą.
Do dziś mnie pali, jak to powiedział. Udajesz świętą. Jakby mycie własnej matki, dźwiganie jej do łazienki, stanie w kolejkach do przychodni i słuchanie, że neurolog ma termin za cztery miesiące, było jakąś grą pod publiczkę.
Mam na imię Karolina. Mam trzydzieści dziewięć lat, rozwód za sobą, córkę w siódmej klasie i kredyt gotówkowy, który brałam „na chwilę”, kiedy pralka padła, a potem doszedł jeszcze remont łazienki u mamy, żeby dało się wstawić krzesełko pod prysznic. Pracowałam kiedyś normalnie, pełen etat w biurze rachunkowym. Potem mama zaczęła chorować. Najpierw zapominała. Potem upadła na klatce. Potem przestała ogarniać leki, rachunki, sama siebie.
Paweł mieszkał pod Poznaniem, niby daleko, niby praca, delegacje, dzieci, życie. Ja też miałam życie, tylko jakoś nikt tego nie liczył.
Na początku mówił:
– Karolina, trzymaj się, na pewno ci pomogę.
Pomoc wyglądała tak, że czasem zrobił przelew na 300 zł i dzwonił wieczorem, kiedy akurat usypiałam mamę po kolejnej awanturze o to, że nie chce jeść.
– Nie mogę teraz gadać – szeptałam.
– No tak, z tobą to nigdy nie ma kiedy.
I już czułam się winna.
Najgorsze były poranki. Mama budziła się z lękiem, nie poznawała mieszkania, pytała, gdzie jest tata, chociaż nie żył od ośmiu lat. Potrafiła mnie odepchnąć i krzyczeć, że kradnę jej torebkę. A godzinę później płakała, wtulona we mnie, i mówiła: „Karuś, nie oddawaj mnie nigdzie”.
Nie oddałam. Za to oddałam kawałek swojego życia. Zeszłam do pół etatu, straciłam premię, zaczęłam liczyć każdy paragon. Moja córka Zosia coraz częściej słyszała: „Nie dziś, kochanie, babcia ma wizytę”, „Nie mogę przyjść na wywiadówkę, bo czekam na pielęgniarkę”. I też miała prawo mieć do mnie żal.
Paweł przyjeżdżał rzadko. Za to za każdym razem był konkretny. Aż za bardzo.
– Trzeba załatwić pełnomocnictwo do konta mamy.
– Po co? – zapytałam.
– Żeby było łatwiej. Jakby coś się stało. Nie będziemy latać po urzędach.
Nie „my”. Ja bym latała.
Mama miała odłożone niecałe siedemdziesiąt tysięcy. Pieniądze po tacie, trochę z oszczędności, trochę ze sprzedanej działki po dziadkach. Nic wielkiego, ale dla starszej osoby to było poczucie bezpieczeństwa. Dla Pawła nagle stało się to „zamrożonym kapitałem”. Tak powiedział. Siedząc przy stole, przy herbacie, której nawet nie dopił.
– Ty oszalałeś? – spytałam. – Mama żyje.
– No żyje, ale sama z tego nie skorzysta. A ty też nie udawaj, że nie wiesz, ile kosztuje DPS.
Tak, powiedział to przy niej. Mama siedziała wtedy w fotelu, chuda, przykryta kocem, i patrzyła na nas takim wzrokiem, że mnie do dziś ściska w gardle. Jak dziecko, które słyszy, że jest problemem.
Po tej kłótni przez trzy dni się nie odzywaliśmy. Potem mama dostała zapalenia płuc. Szpital, SOR, czekanie na korytarzu, telefon w ręku, zimna kawa z automatu. Dzwoniłam do Pawła sześć razy. Oddzwonił po pięciu godzinach.
– Jestem w pracy.
– Mama może nie wyjść z tego.
Cisza.
– Przyjadę w weekend.
Nie zdążył.
Mama zmarła we wtorek rano. Byłam przy niej sama. Trzymałam ją za rękę i przez idiotyczną sekundę myślałam tylko o tym, że nie zdążyłam umyć jej włosów, bo odkładaliśmy to na „jutro”. Takie rzeczy potem siedzą w głowie, choć powinny siedzieć te ważne.
Na pogrzebie Paweł płakał. Naprawdę. I właśnie to było najgorsze, bo nie mogłam go po prostu znienawidzić. Widziałam, że też cierpi. Tylko że jego ból był czysty, a mój zmieszany ze zmęczeniem, złością i takim żalem, którego nie da się już odkręcić.
Trzy dni po stypie przyszedł do mieszkania.
– Musimy ustalić, co dalej.
– Serio? Już?
– Karolina, nie rób scen. Albo sprzedajemy, albo mnie spłacasz. I trzeba sprawdzić konto mamy, bo nie wiem, co tam było wypłacane.
Jak to powiedział, aż mi zdrętwiały ręce. Bo nagle zrozumiałam, że on mi nie ufa. Po tym wszystkim. Po nocach, po pampersach, po lekarzach, po mojej pracy rozwalonej na pół, po tym, że przez dwa lata praktycznie mieszkałam bardziej u mamy niż u siebie.
– Myślisz, że kradłam własnej matce?
Wzruszył ramionami.
– Myślę, że wszystko powinno być jasne.
I może miał do tego prawo. Może gdybym od początku robiła excela z wydatkami, zbierała każdy paragon, mniej mówiła „później”, mniej dusiła w sobie, to nie doszlibyśmy do tego bagna. Tylko kto przy takim życiu myśli o segregatorze, kiedy człowiek ledwo stoi?
Załatwiłam notariusza, stwierdzenie nabycia spadku, wyciągi z konta, papiery, wszystko. Sucho, chłodno, bez rodzinnych obiadków i udawania, że „jakoś się dogadamy”. Nie dogadaliśmy się. Spłaciłam go kredytem hipotecznym pod zastaw mojego mieszkania. Tak, wiem. Może głupio. Ale nie chciałam, żeby obcy ludzie weszli do mieszkania mamy, żeby ktoś zerwał jej firanki i wywalił meblościankę na śmietnik jak niepotrzebne graty.
Potem zablokowałam jego numer.
Nie było wielkiej sceny. Żadnego „żegnam cię na zawsze”. Po prostu któregoś dnia zobaczyłam, że znowu dzwoni, i poczułam skurcz w żołądku. Pomyślałam: dość. Nie dam rady kolejny raz tłumaczyć, udowadniać, bronić się przed własnym bratem.
Rodzina mówi, że przesadzam. Ciotka stwierdziła, że „krew nie woda” i że mama by tego nie chciała. Możliwe. Tylko mamy już nie ma, a ja zostałam z ratą, z pustym mieszkaniem w bloku i z takim zmęczeniem, jakbym dopiero teraz mogła się rozsypać.
Czasem się zastanawiam, czy to Paweł był bezduszny, czy ja za długo udawałam, że wszystko uniosę sama. A może oboje zawaliliśmy, tylko każde na swój sposób?
Powiedzcie szczerze: zerwanie kontaktu po czymś takim to ochrona siebie czy już zwykła zemsta?