Mój ojciec porzucił mnie jako dziecko. Teraz chce zamieszkać ze mną – czy mogę mu wybaczyć?

– Nie wierzę, że to się dzieje – powtarzałam w myślach, patrząc na ekran telefonu. „Tata” – to słowo wyświetliło się po raz pierwszy od lat. Właściwie nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy. Może wtedy, gdy miałam dwanaście lat i płakałam w poduszkę, bo nie przyszedł na moje przedstawienie w szkole. Moja mama, Anna, zawsze powtarzała: „Nie martw się, Karolinko, masz mnie”. I rzeczywiście, miałam ją – silną, czułą, gotową poświęcić wszystko dla mnie. Ojciec zniknął z naszego życia tak nagle, jakby ktoś wymazał go gumką z rodzinnego zdjęcia.

Teraz, po dwudziestu latach ciszy, pojawił się znowu. Najpierw telefon. Potem wiadomość: „Potrzebuję pomocy. Czy mogę przyjechać?”. Przez kilka dni nie spałam. W głowie kłębiły mi się pytania: Dlaczego teraz? Co się stało? Czy mam prawo odmówić własnemu ojcu?

W końcu zgodziłam się na spotkanie. Siedziałam w kawiarni przy oknie, bawiąc się nerwowo łyżeczką. Gdy wszedł, od razu go poznałam – postarzał się, miał siwe włosy i zmęczone oczy. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

– Karolina… – zaczął niepewnie.
– Czego chcesz? – przerwałam mu ostro.
– Wiem, że nie mam prawa cię o nic prosić… Ale nie mam już nikogo. Jestem chory. Lekarze mówią, że potrzebuję opieki…

Zacisnęłam pięści pod stołem. W jednej chwili wróciły wszystkie wspomnienia: puste miejsce przy stole wigilijnym, łzy mamy po nocach, samotne urodziny. Chciałam krzyczeć: „Gdzie byłeś przez te wszystkie lata?!”. Ale tylko patrzyłam na niego i czułam, jak narasta we mnie gniew i żal.

Po spotkaniu wróciłam do domu i zastałam mamę przy kuchennym stole.
– Spotkałaś się z nim? – zapytała cicho.
– Tak. Chce zamieszkać ze mną. Jest chory.
Mama spojrzała na mnie z troską.
– To twoja decyzja, Karolinko. Ale pamiętaj, ile przeszłaś przez niego.

Przez kolejne dni nie mogłam przestać o tym myśleć. Praca w biurze wydawała się bezsensowna, rozmowy ze znajomymi puste. W nocy śnił mi się ojciec – raz jako młody mężczyzna, który zabiera mnie na rower, raz jako obcy starzec proszący o litość.

W końcu zadzwoniłam do niego.
– Możesz przyjechać na kilka dni – powiedziałam chłodno. – Ale niczego ci nie obiecuję.

Przyjechał z jedną walizką i torbą leków. W moim mieszkaniu czuł się nieswojo – jakby bał się dotknąć czegokolwiek. Próbował rozmawiać o dawnych czasach, ale ja unikałam tych tematów.

Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy kolacji. Ojciec spojrzał na mnie ze łzami w oczach.
– Wiem, że cię skrzywdziłem. Nie potrafię tego naprawić… Ale chciałbym choć trochę ci pomóc. Może chociaż posprzątam mieszkanie albo ugotuję obiad?

Zaskoczył mnie tą propozycją. Przez chwilę widziałam w nim człowieka zagubionego i słabego, a nie potwora z moich wspomnień. Ale zaraz potem poczułam falę gniewu.
– Myślisz, że obiad wszystko naprawi? Że wystarczy kilka dni i będziemy rodziną?
Ojciec spuścił głowę.
– Nie oczekuję wybaczenia… Po prostu chciałem być blisko ciebie na koniec mojego życia.

Te słowa rozbiły mnie na kawałki. Przez całą noc płakałam w poduszkę – tak jak wtedy, gdy byłam dzieckiem. Następnego dnia zadzwoniła mama.
– Jak się czujesz?
– Nie wiem… Czuję się rozdarta. On jest chory i samotny… Ale ja też mam swoje rany.
Mama westchnęła.
– Czasem trzeba wybrać między własnym spokojem a sumieniem.

W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka zapytała:
– Coś się stało?
Opowiedziałam jej całą historię. Zamilkła na chwilę.
– Moja siostra miała podobnie… Pozwoliła ojcu wrócić do życia, ale nigdy nie zapomniała tego bólu. To trudne…

Wieczorem ojciec poprosił o rozmowę.
– Karolino… Chciałem ci powiedzieć prawdę. Odszedłem nie dlatego, że cię nie kochałem… Byłem słaby. Bałem się odpowiedzialności, problemów finansowych… Uciekłem jak tchórz.
Patrzyłam na niego długo.
– A teraz? Nie boisz się już?
– Boję się każdego dnia… Ale bardziej boję się umrzeć sam.

Wtedy po raz pierwszy poczułam współczucie. Nie wybaczyłam mu – jeszcze nie. Ale pozwoliłam mu zostać dłużej.

Minęły tygodnie. Ojciec pomagał w domu, opowiadał historie z młodości, próbował naprawić to, co zniszczył. Czasem łapałam się na tym, że śmieję się z jego żartów albo słucham go z ciekawością. Ale potem wracały wspomnienia i znów czułam żal.

Pewnego dnia mama przyszła nas odwiedzić. Atmosfera była napięta – jakbyśmy wszyscy bali się powiedzieć za dużo.
– Dziękuję ci za wszystko – powiedział ojciec do mamy cicho.
Mama skinęła głową bez słowa.
Po jej wyjściu ojciec długo patrzył przez okno.
– Zmarnowałem życie…
Usiadłam obok niego.
– Może jeszcze nie wszystko stracone?

Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie mu wybaczyć całkowicie. Ale wiem jedno: życie nie jest czarno-białe. Każdy nosi swoje rany i każdy zasługuje na drugą szansę – choćby tylko po to, by spróbować naprawić to, co zostało zniszczone.

Czy potrafilibyście wybaczyć komuś taką krzywdę? Czy rodzina to coś więcej niż tylko wspólna krew?