Kiedy miłość gaśnie: Moje życie z Piotrem i 15 sygnałów, których nie chciałam widzieć
– Znowu wracasz tak późno? – zapytałam, starając się ukryć drżenie w głosie. Piotr nawet nie spojrzał w moją stronę. Zdjął kurtkę, rzucił ją na krzesło i bez słowa poszedł do kuchni. Usłyszałam szelest opakowania po jogurcie i dźwięk otwieranej lodówki. W tej ciszy było więcej krzyku niż w jakiejkolwiek kłótni.
Pamiętam, jak kiedyś czekałam na niego z kolacją, z lampką wina i uśmiechem. Teraz czekałam tylko na to, aż wyjdzie z kuchni i zamknie się w swoim świecie. Nasze rozmowy ograniczały się do pytań o rachunki, zakupy i dzieci. Czasem miałam wrażenie, że jestem dla niego przezroczysta – jakby mnie nie było.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Piotr był moją pierwszą wielką miłością. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie – on studiował informatykę, ja polonistykę. Był czarujący, zabawny, potrafił rozśmieszyć mnie do łez. Pamiętam nasze długie spacery po Plantach, rozmowy do rana i obietnice, że zawsze będziemy razem. Wierzyłam mu bezgranicznie.
Po ślubie wszystko zaczęło się zmieniać. Najpierw delikatnie – coraz mniej czułości, coraz więcej pracy. „Muszę zostać dłużej w firmie” – tłumaczył się. „To dla nas”. Wierzyłam mu. Potem pojawiły się dzieci – Ola i Michał. Byłam szczęśliwa, choć zmęczona. Piotr coraz częściej znikał z domu, a ja zostawałam sama z obowiązkami.
Z czasem przestał mnie dotykać. Nawet przypadkiem. Kiedy próbowałam go przytulić, sztywniał. „Jestem zmęczony” – powtarzał jak mantrę. Zaczęłam szukać winy w sobie: może przytyłam po ciąży? Może jestem nudna? Może za dużo wymagam?
Pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, zebrałam się na odwagę:
– Piotrze, czy ty mnie jeszcze kochasz?
Spojrzał na mnie z irytacją:
– Co to za pytania? Przecież jesteśmy rodziną.
– Ale czy mnie kochasz?
Wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju.
To był pierwszy z piętnastu sygnałów, które powinnam była zauważyć. Ale nie chciałam. Wmawiałam sobie, że to tylko kryzys, że każda para przez to przechodzi. Przecież mamy dzieci, dom na kredyt, wspólne wakacje nad Bałtykiem.
Z czasem pojawiły się kolejne znaki: brak wspólnych planów, unikanie rozmów o przyszłości, wieczne zmęczenie, chłód w dotyku. Piotr coraz częściej wyjeżdżał służbowo – przynajmniej tak mówił. Zaczęłam podejrzewać zdradę, ale nie miałam dowodów. Kiedyś znalazłam w jego telefonie wiadomość od „Kasi z pracy”: „Dziękuję za wczoraj”. Zapytałam go o to.
– To tylko koleżanka – odpowiedział bez mrugnięcia okiem.
Nie uwierzyłam mu, ale nie miałam siły drążyć tematu.
Moja mama powtarzała: „Małżeństwo to ciężka praca”. Ale nikt nie mówił mi, że czasem ta praca jest walką z wiatrakami. Że można być samotnym nawet we dwoje.
Najgorsze były święta. Siedzieliśmy przy stole z dziećmi i teściową, która patrzyła na mnie z wyższością:
– Może gdybyś bardziej dbała o dom…
Piotr milczał. Zawsze milczał, kiedy ktoś mnie ranił.
Próbowałam rozmawiać z przyjaciółką, Magdą:
– Może przesadzasz? Każdy facet jest czasem chłodny – mówiła.
Ale ja czułam się coraz bardziej niewidzialna.
Pewnego dnia Ola wróciła ze szkoły zapłakana:
– Mama, dlaczego tata nigdy nie przychodzi na moje występy?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
W końcu zaczęłam chodzić do psychologa. Usłyszałam tam coś, co mną wstrząsnęło:
– Nie możesz zmusić nikogo do miłości. Możesz tylko zdecydować, czy chcesz żyć bez niej.
Długo walczyłam sama ze sobą. Bałam się odejść – co powiedzą ludzie? Jak poradzę sobie finansowo? Jak dzieci to przeżyją?
Któregoś wieczoru Piotr wrócił później niż zwykle. Pachniał damskimi perfumami.
– Gdzie byłeś?
– Na spotkaniu z klientem.
– Z Kasią?
Spojrzał na mnie zimno:
– Przestań robić sceny.
Wtedy poczułam coś dziwnego – ulgę. Zrozumiałam, że już nie chcę walczyć o coś, czego nie ma.
Podjęcie decyzji o rozstaniu było najtrudniejsze w moim życiu. Ale kiedy powiedziałam Piotrowi, że chcę rozwodu, nawet nie próbował mnie zatrzymać.
– Jak chcesz – rzucił tylko i wyszedł.
Dziś mieszkam sama z dziećmi w małym mieszkaniu na Ruczaju. Nie jest łatwo – brakuje pieniędzy, brakuje wsparcia rodziny (mama uważa, że powinnam była „przetrwać dla dzieci”). Ale pierwszy raz od lat czuję spokój.
Czasem patrzę na stare zdjęcia i zastanawiam się: ile jeszcze kobiet tkwi w takich relacjach? Ile z nas czeka na miłość tam, gdzie jej już dawno nie ma?
Czy naprawdę warto poświęcać siebie dla iluzji szczęścia? A może lepiej nauczyć się być szczęśliwą samej ze sobą?