Kiedy miłość boli: Moja walka o prawdę i siebie – wyznanie kobiety z Warszawy

– Kłamiesz! – wykrzyczałam, czując jak głos drży mi ze złości i rozpaczy. Stał naprzeciwko mnie, z opuszczoną głową, a ja ściskałam w dłoni jego telefon, na którym przed chwilą przeczytałam wiadomości, które zmieniły wszystko. „Kocham cię, nie mogę się doczekać, aż znów się zobaczymy” – napisała do niego Anna, koleżanka z pracy. Moje serce waliło jak oszalałe. W jednej chwili cały mój świat – nasze wspólne śniadania, wieczory przy filmach, plany na przyszłość – rozsypał się jak domek z kart.

Mam na imię Marta. Mieszkam w Warszawie, na Pradze. Zawsze myślałam, że jestem silna, że nic mnie nie złamie. Ale tego dnia poczułam się jak mała dziewczynka, której ktoś zabrał ukochaną zabawkę. „To nie tak jak myślisz” – próbował się tłumaczyć Michał, mój mąż od dziesięciu lat. Ale ja już nie słyszałam jego słów. W głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego?

Przez kolejne dni chodziłam jak cień samej siebie. Nasza córka Zosia patrzyła na mnie wielkimi oczami, pytając: „Mamo, czemu płaczesz?” Nie umiałam jej odpowiedzieć. Moja mama dzwoniła codziennie: „Marta, musisz być silna. Dla dziecka.” Ale jak być silną, kiedy wszystko boli?

W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku. Koleżanki pytały: „Coś się stało?” – „Nie, po prostu jestem zmęczona” – kłamałam. Wieczorami zamykałam się w łazience i płakałam tak cicho, żeby Zosia nie słyszała. Michał próbował rozmawiać, tłumaczył się, przysięgał, że to tylko chwilowe zauroczenie, że nic się nie stało. „To tylko wiadomości, Marta! Nic więcej!” – powtarzał. Ale ja widziałam w jego oczach strach i wstyd.

Pewnego wieczoru zebrałam się na odwagę i pojechałam do rodziców. Tata siedział przy stole i czytał gazetę. Mama krzątała się po kuchni. „Muszę wam coś powiedzieć” – zaczęłam drżącym głosem. Gdy skończyłam opowiadać, mama przytuliła mnie mocno. Tata milczał przez dłuższą chwilę, po czym powiedział: „Marta, życie to nie bajka. Ale musisz wiedzieć, czego chcesz. Czy możesz mu wybaczyć? Czy chcesz walczyć o tę rodzinę?”

Te słowa wracały do mnie przez kolejne tygodnie. Michał starał się jak mógł – przynosił kwiaty, gotował kolacje, zabierał Zosię na spacery. Ale ja nie potrafiłam mu zaufać. Każda jego wiadomość w telefonie była dla mnie podejrzana. Każdy uśmiech do koleżanki z pracy bolał jak sztylet.

Pewnej nocy obudziłam się zlana potem po kolejnym koszmarze. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na śpiącą Zosię. Pomyślałam: „Czy chcę, żeby dorastała w domu pełnym kłamstw i niedomówień? Czy lepiej być samotną matką niż żoną zdradzającego mężczyzny?”

Zaczęły się kłótnie. Coraz częściej krzyczałam na Michała o rzeczy błahe – o rozrzucone skarpetki, o niepozmywane naczynia. On znosił to pokornie, ale widziałam, że cierpi. Pewnego dnia wybuchł: „Ile jeszcze będziesz mnie karać? Ile razy mam cię przepraszać? Przecież nic się nie stało!”

– Dla ciebie może nic! – odpowiedziałam przez łzy. – Ale dla mnie to koniec zaufania!

Zosia zaczęła mieć problemy w szkole. Nauczycielka zadzwoniła do mnie: „Pani Marto, Zosia jest smutna, zamknięta w sobie. Coś się dzieje w domu?” Skuliłam się pod ciężarem winy.

W końcu postanowiłam pójść do psychologa. Siedziałam w małym gabinecie na Żoliborzu i mówiłam o wszystkim: o bólu, o strachu przed samotnością, o tym, że nie wiem już kim jestem bez Michała. Psycholog zapytała: „Czego pani pragnie najbardziej?” Odpowiedź przyszła sama: spokoju.

Zaczęłam pisać dziennik. Każdego dnia zapisywałam swoje myśli i uczucia. Z czasem zauważyłam, że coraz mniej płaczę, a coraz więcej myślę o przyszłości – mojej i Zosi.

Pewnego dnia Michał przyszedł do mnie z listem. „Przeczytaj” – powiedział cicho i wyszedł z pokoju. W liście pisał o swoim strachu przed rutyną, o tym jak bardzo boi się mnie stracić i jak bardzo żałuje tego co zrobił. Pisał też o tym, że jeśli nie potrafię mu wybaczyć – odejdzie.

Usiadłam wtedy przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Przypomniałam sobie nasze pierwsze randki nad Wisłą, wspólne wakacje nad Bałtykiem, narodziny Zosi… Czy to wszystko można przekreślić jednym błędem?

Minęły miesiące zanim podjęłam decyzję. Dziś mieszkamy razem – ale inaczej niż kiedyś. Uczymy się siebie od nowa. Czasem jest dobrze, czasem źle. Wciąż boli… Ale już nie tak bardzo.

Często pytam siebie: czy można naprawdę wybaczyć zdradę? Czy warto walczyć o rodzinę za wszelką cenę? A może czasem trzeba pozwolić odejść temu co boli najbardziej? Co wy byście zrobili na moim miejscu?