„Ostatnia wypłata w groszach” – historia upokorzenia i walki o godność w polskiej sieciówce
— Co to ma być?! — krzyknąłem, patrząc na worek pełen monet, który rzucił mi na ladę kierownik, pan Zbigniew. W restauracji „Szybki Kurczak” pracowałem od dwóch lat, odkąd skończyłem technikum gastronomiczne. Nie była to wymarzona praca, ale dawała mi pieniądze na czynsz i leki dla mamy.
Tego dnia, kiedy przyszedłem po ostatnią wypłatę, bo złożyłem wypowiedzenie po kolejnej awanturze z szefem, spodziewałem się zwykłego przelewu. Zamiast tego dostałem worek pełen groszy i pięciogroszówek. — To twoja wypłata, Michał. Tak się kończy nielojalność — powiedział pan Zbigniew z uśmiechem pełnym pogardy. W restauracji było kilku klientów, a za ladą stała jeszcze Ania, która spuściła wzrok.
— Pan sobie żartuje? — zapytałem cicho, czując jak twarz mi płonie ze wstydu. — To jest legalne? —
— Wszystko zgodnie z prawem. Chciałeś odejść bez okresu wypowiedzenia, to masz — odburknął.
Zebrałem worek i wyszedłem na zaplecze. Ręce mi się trzęsły. Zadzwoniłem do mamy.
— Michałku, co się stało? — usłyszałem jej słaby głos.
— Mamo, dali mi wypłatę w drobniakach… Całe 1200 złotych w groszach. Jak ja to wpłacę do banku? Jak zapłacę za leki?
— Synku, nie przejmuj się. Jakoś damy radę… — próbowała mnie pocieszyć, ale słyszałem łzy w jej głosie.
Wróciłem do domu z workiem ważącym chyba z dziesięć kilo. Sąsiadka patrzyła na mnie podejrzliwie w windzie.
— Michał, co ty tam niesiesz?
— Wypłatę — odpowiedziałem gorzko.
Wieczorem usiadłem przy stole i zacząłem liczyć monety. Po godzinie miałem dość. Wrzuciłem zdjęcie worka na Facebooka z podpisem: „Tak wygląda szacunek do pracownika w Szybkim Kurczaku”. Nie spodziewałem się lawiny komentarzy.
„To skandal!”
„Zgłoś to do PIP!”
„U nas w Biedronce też tak traktują ludzi!”
Następnego dnia zadzwoniła do mnie Ania.
— Michał, widziałam twojego posta. Pan Zbigniew jest wściekły. Grozi pozwem za zniesławienie.
— Niech próbuje! — odpowiedziałem zdesperowany. — Nie dam się upokorzyć.
Wieczorem przyszła do mnie mama. Usiadła naprzeciwko i spojrzała mi w oczy.
— Synku, wiem, że jest ci ciężko. Ale nie możesz pozwolić, żeby ktoś cię tak traktował. Twój tata całe życie walczył o godność w pracy i przez to stracił zdrowie… Ale przynajmniej miał czyste sumienie.
Poczułem gulę w gardle. Tata zmarł dwa lata temu na zawał po tym, jak zwolnili go z fabryki mebli za „nieposłuszeństwo”.
Postanowiłem działać. Następnego dnia poszedłem do oddziału banku z workiem monet.
— Przepraszam, czy mogę wpłacić te pieniądze na konto? — zapytałem nieśmiało.
Kasjerka spojrzała na worek i westchnęła.
— Proszę pana, to potrwa kilka godzin… Ale jeśli to cała wypłata, nie mamy wyjścia.
Stałem tam dwie godziny, patrząc jak kasjerka wrzuca monety do licznika. Ludzie za mną szeptali i kręcili głowami.
Po powrocie do domu zadzwoniła do mnie dziennikarka lokalnej gazety.
— Panie Michale, czy zgodzi się pan opowiedzieć swoją historię? To ważny temat dla wielu młodych ludzi.
Zgodziłem się. Artykuł ukazał się dwa dni później pod tytułem: „Upokorzony pracownik fast foodu – wypłata w groszach”. Pod postem pojawiły się setki komentarzy. Jedni pisali, że przesadzam, inni wspierali mnie i dzielili się własnymi historiami upokorzeń w pracy.
Wkrótce odezwała się do mnie inspektorka Państwowej Inspekcji Pracy.
— Panie Michale, czy może pan przyjść na spotkanie? Chcemy wyjaśnić tę sprawę.
Wziąłem wszystkie dokumenty i poszedłem na rozmowę. Inspektorka była konkretna i rzeczowa.
— Pracodawca nie może wypłacać wynagrodzenia w taki sposób bez pana zgody. To naruszenie przepisów kodeksu pracy.
Poczułem ulgę i pierwszy raz od dawna nadzieję. Może jednak nie jestem sam?
Tymczasem pan Zbigniew zaczął rozpuszczać plotki o mnie wśród byłych kolegów z pracy. Ania napisała mi SMS-a:
„Michał, mówi wszystkim, że byłeś leniwy i kradłeś jedzenie. Ludzie zaczynają cię unikać.”
Poczułem się jak trędowaty. Nawet sąsiadka zaczęła patrzeć na mnie spode łba.
Wtedy zadzwoniła do mnie mama:
— Synku, pamiętaj: prawda zawsze wyjdzie na jaw. Nie daj się złamać.
Po kilku tygodniach dostałem pismo z PIP: pracodawca został ukarany grzywną za naruszenie praw pracowniczych. Dostałem też oficjalne przeprosiny od właściciela sieci – nie od pana Zbigniewa, tylko od centrali firmy.
Ale niesmak pozostał. Straciłem znajomych z pracy, a sąsiedzi długo jeszcze szeptali za moimi plecami. Mama była dumna ze mnie, ale widziałem jak martwi się o moją przyszłość.
Dziś pracuję jako pomocnik kucharza w małym bistro u pani Haliny. Zarabiam mniej niż w fast foodzie, ale mam spokój i szacunek szefowej.
Czasem wracam myślami do tamtych dni i pytam siebie: czy warto było walczyć o godność kosztem spokoju? Czy Polska kiedykolwiek będzie krajem, gdzie pracownik nie musi bać się upokorzenia?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?