Dwa lata po ślubie z rozwodnikiem: Gdy jego córka zamieszkała z nami, wszystko się zmieniło

— Nie rozumiesz, ona mnie nienawidzi! — krzyknęłam do Pawła, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Stałam w kuchni, ściskając kubek z zimną już herbatą. Paweł patrzył na mnie bezradnie, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Za ścianą słyszałam ciche kroki Mai — jego córki z pierwszego małżeństwa — która od tygodnia mieszkała z nami w naszym dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Bródnie.

Jeszcze dwa lata temu byłam pewna, że miłość wszystko zwycięży. Poznałam Pawła na kursie języka włoskiego. Był czarujący, dojrzały, miał w sobie coś, co sprawiało, że czułam się bezpieczna. Wiedziałam o jego przeszłości — rozwód, córka, trudne relacje z byłą żoną. Ale wtedy wydawało mi się, że to nie będzie miało znaczenia. Że stworzymy własny świat.

Pierwsze miesiące były jak z bajki. Paweł był czuły, troskliwy, a Maja odwiedzała nas tylko w weekendy. Była zamknięta w sobie, ale próbowałam do niej dotrzeć — piekłam jej ulubione ciasto marchewkowe, zabierałam na spacery po parku. Czasem nawet się uśmiechała. Ale potem wszystko się zmieniło.

Pewnego wieczoru Paweł wrócił do domu blady jak ściana.
— Musimy porozmawiać — powiedział cicho. — Maja… chce zamieszkać z nami na stałe.

Zamarłam. Wiedziałam, że jej matka wyjeżdża do pracy do Niemiec i nie może zabrać Mai ze sobą. Ale nie byłam gotowa na to, by dzielić z nią każdy dzień, każdą noc, każdy kąt naszego już i tak ciasnego mieszkania.

Pierwszy tydzień był koszmarem. Maja trzaskała drzwiami, ignorowała mnie przy stole, a kiedy próbowałam z nią rozmawiać, patrzyła na mnie wzrokiem pełnym pogardy.
— Nie jesteś moją matką — rzuciła pewnego dnia. — Nie musisz się starać.

Paweł próbował mediować, ale czułam, że staje po jej stronie. Coraz częściej kłóciliśmy się o drobiazgi: kto ma wynieść śmieci, kto zajmuje łazienkę rano, czyje rzeczy leżą na kanapie. Maja zaczęła wracać późno do domu, a ja nie wiedziałam, czy mam ją upominać czy udawać, że nic się nie dzieje.

Pewnej nocy usłyszałam jej płacz za ścianą. Chciałam wejść do jej pokoju, przytulić ją, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale bałam się odrzucenia. Zamiast tego leżałam w łóżku obok Pawła i czułam narastającą przepaść między nami.

Zaczęły wychodzić na jaw rodzinne tajemnice. Okazało się, że Paweł nie powiedział mi wszystkiego o swoim rozwodzie. Jego była żona oskarżała go o zdradę — czego on nigdy mi nie wyznał. Maja była świadkiem ich kłótni i przez lata obwiniała ojca za rozpad rodziny.

— Dlaczego mi nie powiedziałeś? — zapytałam Pawła ze łzami w oczach.
— Bałem się, że odejdziesz — odpowiedział cicho.

Czułam się zdradzona. Nie tylko przez niego, ale też przez samą siebie — bo uwierzyłam w bajkę o łatwym szczęściu.

Maja coraz częściej zamykała się w sobie. Zaczęła opuszczać lekcje w liceum. W szkole zadzwonili do nas — musiałam odebrać telefon, bo Paweł był w pracy.
— Pani Maju — usłyszałam głos wychowawczyni — czy wszystko w porządku w domu?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Wieczorem próbowałam porozmawiać z Mają.
— Wiem, że jest ci ciężko — zaczęłam niepewnie. — Ale możesz mi zaufać.
Spojrzała na mnie z gniewem.
— Ty nic nie wiesz! Myślisz, że możesz zastąpić moją mamę? Nigdy ci się to nie uda!

Wybiegła z mieszkania trzaskając drzwiami tak mocno, że aż drgnęły szyby w oknach. Paweł wrócił późno i znalazł mnie zapłakaną na kanapie.
— Może powinniśmy się rozstać? — wyszeptałam.
— Nie mów tak… Proszę cię — objął mnie mocno.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak na bombie zegarowej. Każda rozmowa mogła skończyć się awanturą. Czułam się jak intruz we własnym domu. Zaczęłam unikać powrotów do mieszkania; zostawałam dłużej w pracy, spotykałam się z przyjaciółkami tylko po to, by nie musieć wracać do tej dusznej atmosfery.

Pewnego dnia znalazłam Maję siedzącą na klatce schodowej. Płakała.
— Maja… co się stało?
Nie odpowiedziała od razu. Po chwili wyszeptała:
— Boję się… Boję się, że tata mnie zostawi tak jak mama.

Usiadłam obok niej i objęłam ją ramieniem. Po raz pierwszy nie odsunęła się ode mnie.
— Nikt cię nie zostawi — powiedziałam cicho. — Jesteśmy rodziną. Nawet jeśli czasem jest trudno.

To był pierwszy krok ku pojednaniu. Ale wiedziałam, że przed nami jeszcze długa droga.

Dziś mija pół roku od tamtej rozmowy na klatce schodowej. Nadal bywają dni pełne łez i krzyków. Ale są też chwile śmiechu przy wspólnej kolacji czy wieczorne rozmowy o szkole i życiu. Uczę się być macochą — czasem upadam, czasem podnoszę się silniejsza.

Czy nasza miłość przetrwa tę próbę? Czy można zbudować prawdziwą rodzinę na gruzach dawnych ran i tajemnic? Czasem sama siebie pytam: ile jesteśmy w stanie wytrzymać dla tych, których kochamy?