Były teść, który zmienił moje życie – historia o winie, przebaczeniu i nowym początku
Drzwi zadzwoniły tak głośno, że aż podskoczyłam na kanapie. Był piątek wieczór, a ja po raz pierwszy od miesięcy pozwoliłam sobie na lampkę wina i serial. Gdy otworzyłam drzwi, zobaczyłam na progu mojego byłego teścia – Stanisława. Stał z walizką, w starym płaszczu, a jego oczy były czerwone od płaczu. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
– Dobry wieczór, Aniu… – powiedział cicho, spuszczając wzrok. – Przepraszam, że tak… bez zapowiedzi. Nie mam dokąd pójść.
Zamarłam. Ostatni raz widziałam go na sali sądowej, kiedy mój były mąż, Paweł, wykrzykiwał pod adresem mojej rodziny najgorsze rzeczy, a Stanisław siedział obok niego jak posąg. Po rozwodzie nie odezwał się do mnie ani słowem. A teraz stał tu, jakby czas się cofnął.
– Co się stało? – zapytałam, czując jak serce wali mi w piersi.
– Paweł wyrzucił mnie z domu – wyszeptał. – Zabrał mi klucze, powiedział, że jestem starym dziadem i mam sobie radzić sam.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wpuściłam go do środka. Usiadł na krześle w kuchni i przez długą chwilę patrzył w blat stołu. W końcu zaczął mówić. O tym, jak Paweł po rozwodzie coraz bardziej się zmieniał. Jak zaczął pić, tracić kolejne prace, a potem sprowadził do mieszkania nową kobietę – młodą, głośną i bezwzględną. Stanisław był dla nich ciężarem.
– Wiesz… ja nigdy nie byłem dobrym ojcem – powiedział nagle. – Ale ciebie zawsze szanowałem. To Paweł… on zawsze miał w sobie gniew.
Zacisnęłam dłonie na kubku z herbatą. Przez lata byłam ofiarą tego gniewu. Paweł potrafił rzucać talerzami o ścianę z powodu źle posolonej zupy. Jego matka, Barbara, podsycała konflikty – dzwoniła do mnie codziennie z pretensjami o wszystko: o to, że nie prasuję koszul Pawła jak ona, że nie gotuję „po polsku”, że nie chcę mieć drugiego dziecka.
Pamiętam jedną z ostatnich kłótni:
– Anka, ty jesteś egoistką! – wrzeszczała Barbara przez telefon. – Paweł haruje jak wół, a ty tylko siedzisz w tej swojej pracy! Dziecko potrzebuje matki!
– Mamo, proszę cię… – próbowałam tłumaczyć. – Pracuję, bo musimy spłacać kredyt! Nie mogę rzucić wszystkiego!
Paweł zawsze stawał po stronie matki. Nawet wtedy, gdy Barbara przyszła do nas i zaczęła przeglądać moje szafki kuchenne, wytykając mi brudne filiżanki.
– Zobacz synu! – wołała teatralnie. – U mnie w domu nigdy takiego syfu nie było!
A Paweł tylko kiwał głową i patrzył na mnie z pogardą.
Kiedy Stanisław opowiadał mi o tym wszystkim ze swojej perspektywy, poczułam coś dziwnego – współczucie? Żal? A może ulgę, że nie jestem już częścią tej rodziny?
Przez kolejne dni Stanisław mieszkał u mnie na kanapie. Pomagał mi w drobnych naprawach, gotował obiady (jego rosół był lepszy niż Barbary!) i powoli zaczynał się otwierać. Opowiadał o swoim dzieciństwie na wsi pod Radomiem, o tym jak jego ojciec bił matkę za byle co i jak przysiągł sobie nigdy nie być taki jak on. Ale życie napisało inny scenariusz.
– Wiesz Aniu… Ja Pawła nigdy nie nauczyłem okazywać uczuć. Myślałem, że jak będzie twardy, to da sobie radę w życiu. Ale on tylko nauczył się być zimny i okrutny.
Któregoś wieczoru zadzwoniła Barbara.
– Co ty robisz u tej… tej kobiety?! – wrzeszczała do słuchawki tak głośno, że słyszałam ją nawet stojąc w drugim pokoju.
– Basia, daj spokój – odpowiedział Stanisław zmęczonym głosem. – Nie mam gdzie spać. Paweł mnie wyrzucił.
– To twoja wina! Zawsze byłeś miękki! Gdybyś postawił Ankę do pionu od początku, nie rozbiłaby naszej rodziny!
Stanisław odłożył telefon bez słowa. Potem długo siedział na balkonie i palił papierosa za papierosem.
W pracy zaczęli pytać mnie o „nowego lokatora”.
– Anka, kto to ten starszy pan? Twój tata? – dopytywała koleżanka z biura.
– Były teść – odpowiedziałam szczerze.
– O matko! I co? Nie boisz się?
Nie bałam się. Po raz pierwszy od lat czułam się… potrzebna? Może nawet ważna?
Pewnej nocy obudziły mnie szlochy z salonu. Znalazłam Stanisława skulonego na kanapie.
– Przepraszam cię Aniu… Za wszystko… Za to jak cię traktowaliśmy… Za to jak pozwoliłem Basi cię dręczyć… Za Pawła…
Usiadłam obok niego i po raz pierwszy od rozwodu rozpłakałam się razem z nim.
– Ja też przepraszam… Za to, że nie potrafiłam walczyć o siebie wcześniej… Za to, że pozwoliłam im mnie złamać…
Tej nocy coś się zmieniło. Przestaliśmy być dla siebie tylko „byłą synową” i „byłym teściem”. Staliśmy się ludźmi po przejściach, którzy mogą sobie nawzajem pomóc.
Po kilku tygodniach Stanisław znalazł pokój do wynajęcia u znajomego z koła emerytów. Zanim się wyprowadził, zostawił mi list:
„Aniu,
Dziękuję ci za wszystko. Za dach nad głową, za rozmowy i za to, że pozwoliłaś mi zobaczyć swoje błędy. Życzę ci szczęścia i odwagi do życia po swojemu.
Stanisław”
Minęły dwa lata od tamtej nocy. Paweł podobno wyjechał do Niemiec za pracą i zerwał kontakt z matką i ojcem. Barbara trafiła do domu opieki po udarze – nikt jej nie odwiedza poza pielęgniarkami. Ja zaczęłam nowe życie: zmieniłam pracę na lepiej płatną, zapisałam się na jogę i pierwszy raz od lat pojechałam sama nad morze.
Czasem spotykam Stanisława na bazarku pod Halą Mirowską. Uśmiechamy się do siebie jak starzy znajomi.
Często myślę: ile rodzinnych dramatów można by uniknąć, gdybyśmy umieli rozmawiać o swoich uczuciach? Czy przebaczenie naprawdę jest możliwe po tylu latach bólu?
A wy? Czy potrafilibyście przyjąć pod swój dach kogoś, kto kiedyś był częścią waszego największego cierpienia?