„Babciu, mama powiedziała, że trzeba cię oddać do domu opieki”. Podsłuchałam rozmowę rodziców — dziecko takich rzeczy nie wymyśli.
„Babciu, mama powiedziała, że trzeba cię oddać do domu opieki”. Te słowa, wypowiedziane przez moją wnuczkę Zosię, rozdarły moje serce na pół. Stałyśmy właśnie w przedpokoju, zdejmując buty po powrocie ze szkoły. Zosia miała jeszcze na policzkach ślady zimna, a jej warkocze były rozczochrane po zabawie na boisku. Spojrzała na mnie poważnie, jakby nagle stała się o kilka lat starsza.
– Co ty mówisz, Zosiu? – zapytałam cicho, czując jak krew odpływa mi z twarzy.
– Podsłuchałam wczoraj rozmowę mamy i taty – odpowiedziała, spuszczając wzrok. – Mama powiedziała, że już nie dajesz rady i że lepiej będzie, jak zamieszkasz w domu opieki. Tata nic nie mówił, tylko kiwał głową.
Zamarłam. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko dziecięca fantazja. Ale Zosia nigdy nie kłamała. Była moją iskierką radości od dnia narodzin. To dla niej przeprowadziłam się z rodzinnej wsi do Wrocławia, zostawiając za sobą ogród, sąsiadów i wspomnienia po świętej pamięci mężu. Moja córka Marta prosiła: „Mamo, pomóż nam. Pracujemy z Piotrem do późna, a Zosia jest jeszcze taka mała”.
Oddałam im wszystko – czas, energię, nawet oszczędności. Sprzedałam dom na wsi i dołożyłam się do ich mieszkania na Krzykach. W zamian dostałam mały pokoik z widokiem na parking i rolę niani, kucharki i powierniczki dziecięcych sekretów. Nie narzekałam. Tak trzeba – powtarzałam sobie. Rodzina jest najważniejsza.
Ale teraz…
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam przez ścianę ciche rozmowy Marty i Piotra. Ich głosy były stłumione, ale wyłapywałam pojedyncze słowa: „zmęczona”, „nie daje rady”, „ciągle choruje”, „nie możemy tak żyć”.
Rano Marta weszła do mojego pokoju z kubkiem herbaty.
– Mamo, musimy porozmawiać – zaczęła ostrożnie.
– O czym? – zapytałam chłodno.
– O twoim zdrowiu… O tym, że może byłoby ci lepiej w miejscu, gdzie ktoś się tobą zajmie profesjonalnie…
– Czyli w domu opieki? – przerwałam jej.
Zaskoczyło ją to. Spuściła wzrok.
– Zosia mi powiedziała – dodałam cicho.
Marta westchnęła ciężko.
– Mamo… My naprawdę nie dajemy już rady. Ciągłe wizyty u lekarzy, twoje upadki… Boję się o ciebie. Boję się też o naszą rodzinę. Piotr jest coraz bardziej nerwowy. Zosia widzi nasze kłótnie…
– A ja? Ja nie jestem już częścią tej rodziny? – zapytałam z goryczą.
– Jesteś! Ale… – urwała i rozpłakała się.
Wtedy wszedł Piotr. Stanął w drzwiach, skrzyżował ręce na piersi.
– Pani Heleno, proszę nas zrozumieć. To nie jest łatwe dla nikogo. Dom opieki to nie więzienie. Tam są lekarze, pielęgniarki…
– I żadnej rodziny – przerwałam mu ostro.
Zosia stała za nim i patrzyła na mnie wielkimi oczami.
– Babciu… ja nie chcę, żebyś wyjeżdżała – wyszeptała.
Serce mi pękło. Przez kolejne dni atmosfera w domu była ciężka jak przed burzą. Marta chodziła przygaszona, Piotr unikał mnie wzrokiem. Tylko Zosia tuliła się do mnie mocniej niż zwykle.
Pewnego wieczoru usłyszałam przez ścianę kolejną rozmowę:
– Nie możemy jej zostawić samej na święta! – mówiła Marta z rozpaczą.
– A co mamy zrobić? Moja matka już zapowiedziała przyjazd z Niemiec! Nie zmieścimy się wszyscy! – Piotr był zirytowany.
– Może… może oddamy mamę do tego ośrodka wcześniej? Tam organizują Wigilię dla pensjonariuszy…
Nie spałam już tej nocy ani minuty. Rano spakowałam walizkę i wyszłam z domu zanim ktokolwiek się obudził. Zostawiłam tylko kartkę: „Nie chcę być ciężarem. Znajdę sobie miejsce.”
Pojechałam do starej znajomej ze wsi – pani Janiny. Przyjęła mnie bez słowa wyrzutu.
– Heleno, co ty wyprawiasz? – spytała z troską.
– Nie chcę być nikomu kulą u nogi – odpowiedziałam gorzko.
– Ty? Kula u nogi? Przecież całe życie byłaś podporą dla wszystkich!
Przez kilka tygodni mieszkałam u Janiny. Pomagałam jej w ogródku, gotowałyśmy razem obiady dla sąsiadów. Czułam się potrzebna jak nigdy dotąd. Ale tęsknota za Zosią była nie do zniesienia.
Pewnego dnia dostałam list od Marty:
„Mamo,
Nie wiem nawet jak zacząć ten list. W domu jest pusto bez Ciebie. Zosia codziennie pyta kiedy wrócisz. Ja… przepraszam za wszystko. Byliśmy egoistami. Myśleliśmy o sobie, a nie o Tobie. Jeśli możesz nam wybaczyć… wróć.”
Zadzwoniłam do niej tego samego dnia.
– Mamo… – jej głos drżał od łez.
– Marto, ja już nie wrócę na stare warunki – powiedziałam stanowczo. – Jeśli mam być częścią rodziny, to na równych prawach. Nie chcę być tylko opiekunką czy problemem do rozwiązania.
– Obiecuję… wszystko się zmieni – szlochała Marta.
Wróciłam po miesiącu. Piotr przeprosił mnie osobiście. Zosia rzuciła mi się na szyję i długo nie chciała puścić.
Przez kolejne tygodnie uczyliśmy się żyć razem od nowa: dzielić obowiązki, rozmawiać szczerze o problemach i uczuciach. Marta zapisała mnie na zajęcia dla seniorów w pobliskim domu kultury; Piotr zaczął pomagać przy zakupach i wizytach u lekarza; Zosia codziennie czyta mi bajki na dobranoc.
Ale blizna w sercu została. Często zastanawiam się: czy naprawdę tak łatwo można wyrzec się matki? Czy starość zawsze musi oznaczać samotność albo bycie ciężarem?
Patrzę dziś na moją rodzinę i boję się przyszłości. Czy kiedyś historia zatoczy koło i to ja będę musiała podjąć podobną decyzję wobec Marty?
Czy naprawdę tak trudno kochać bezwarunkowo tych, którzy dali nam wszystko?
A Wy? Co byście zrobili na moim miejscu?