Biała sukienka i czarne chmury: Historia Kasi

„Naprawdę musisz ją tu przyprowadzać?!” – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć spokojnie. Stałam w korytarzu naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie, a Artur, mój mąż, patrzył na mnie z czymś na kształt litości. Obok niego stała ona – wysoka, pewna siebie brunetka w czerwonym płaszczu. Pachniała drogimi perfumami i miała ten uśmiech, który mówił: „Wiem, że wygrywam.”

Jeszcze kilka miesięcy temu nie uwierzyłabym, że znajdę się w takiej sytuacji. Przecież to ja byłam tą wybraną. Ja – Kasia z małego miasteczka pod Radomiem, która w białej sukience z taniej sieciówki wychodziła za mąż za Artura. Wtedy wydawało mi się, że wszystko jest możliwe. Że wystarczy kochać i być wierną, a życie samo się ułoży.

Pamiętam tamten dzień jak przez mgłę. Stałam przed lustrem i przyglądałam się krytycznie swojej sukience. Biała, prosta, z koronkami, które wybrałam na przecenie. Nie była idealna – trochę za krótka, trochę za ciasna w talii, ale wtedy myślałam tylko o tym, żeby podobała się Arturowi. On był moim marzeniem. Moim wszystkim.

A teraz? Teraz stałam naprzeciwko niego i tej kobiety – Magdy. Słyszałam ich śmiech jeszcze zanim weszli do domu. Artur nawet nie próbował ukryć, że coś ich łączy. „Kasiu, musimy porozmawiać” – powiedział spokojnie, jakby chodziło o wybór koloru ścian do salonu.

„Nie mamy o czym rozmawiać” – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby. Ale on tylko westchnął i wszedł do środka, a Magda za nim.

Przez kolejne dni czułam się jak cień we własnym domu. Artur coraz częściej wracał późno, a kiedy już był, rozmawiał ze mną jak z obcą osobą. Magda pojawiała się coraz częściej – raz po raz zostawiała u nas swoje rzeczy: szalik na krześle, szminkę w łazience, książkę na stole. Każdy taki drobiazg był jak kolejny gwóźdź do trumny mojego małżeństwa.

Moja mama dzwoniła codziennie. „Kasiu, nie daj się! Walcz o swoje!” – powtarzała z uporem. Ale ja nie miałam już siły walczyć. Czułam się upokorzona i bezradna. W pracy ledwo się trzymałam – koleżanki patrzyły na mnie ze współczuciem, a szefowa coraz częściej pytała, czy wszystko u mnie w porządku.

Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez uchylone drzwi sypialni:
– Ona się nie domyśla? – zapytała Magda szeptem.
– Domyśla się – odpowiedział Artur. – Ale nie chce tego przyjąć do wiadomości.

Wtedy coś we mnie pękło. Przestałam płakać. Przestałam czekać na cud.

Następnego dnia spakowałam walizkę i pojechałam do rodziców. Mama przyjęła mnie bez słowa – tylko mocno przytuliła. Tata milczał przez cały wieczór, ale widziałam łzy w jego oczach.

Przez kilka tygodni próbowałam poukładać sobie życie na nowo. Szukałam pracy bliżej domu rodzinnego, ale wszędzie słyszałam: „Za mało doświadczenia”, „Nie mamy wolnych etatów”. Czułam się bezużyteczna i przegrana.

Artur dzwonił kilka razy. Raz nawet przyjechał – stał pod domem rodziców i prosił, żebym wróciła. „To był błąd” – mówił. „Nie wiem, co we mnie wstąpiło.” Ale ja już nie wierzyłam w jego słowa.

Magda napisała mi wiadomość na Facebooku: „Przepraszam, nie chciałam cię skrzywdzić.” Zignorowałam ją. Co miałam jej odpisać? Że zniszczyła mi życie?

Najgorsze były święta Bożego Narodzenia. Siedzieliśmy przy stole w milczeniu, a mama co chwilę ocierała łzy ukradkiem. Babcia próbowała żartować, ale nikt nie miał ochoty się śmiać.

W styczniu dostałam pracę w małym sklepie spożywczym w sąsiedniej miejscowości. Nie była to praca marzeń, ale pozwoliła mi odzyskać choć trochę poczucia własnej wartości.

Czasem spotykam Artura na ulicy. Zawsze wygląda na zmieszanego i unika mojego wzroku. Słyszałam od znajomych, że Magda szybko go zostawiła – podobno znalazła kogoś bogatszego.

Dziś już nie płaczę po nocach. Zaczynam wierzyć, że jeszcze coś dobrego mnie spotka. Ale czasem patrzę na tę białą sukienkę schowaną głęboko w szafie i myślę: czy naprawdę można zacząć wszystko od nowa? Czy po takim upokorzeniu można jeszcze zaufać drugiemu człowiekowi?

Może to właśnie jest najtrudniejsze – nauczyć się żyć ze świadomością, że szczęście nie zawsze trwa wiecznie…