Wszyscy w bloku wiedzieli, że zdradza mnie z moją koleżanką. Tylko ja żyłam jak idiotka
„To już długo trwa, prawda?” — zapytałam i sama nie poznałam własnego głosu. Suchy, obcy, jakby mówił ktoś inny.
Kamil stał przy kuchennym blacie i nawet nie zaprzeczył. Tylko spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na problem z pracy, który trzeba jakoś ogarnąć przed weekendem. A obok stołu leżała apaszka Moniki. Mojej Moniki. Tej samej, z którą chodziłam na kawę po pracy, która siedziała u nas na imieninach, która przytulała mnie rok temu, kiedy miałam podejrzenie guza piersi i czekałam miesiącami na badania na NFZ.
Najgorsze? To nie był żaden hotel, żadna delegacja, żadne „głupstwo po alkoholu”. Oni byli u nas. W naszym mieszkaniu. W tym samym pokoju, gdzie nasz syn układa klocki na dywanie.
Stałam w przedpokoju jeszcze w kurtce, z siatką z Biedronki w ręce, i czułam, jak mi drętwieją palce. Mleko, chleb, parówki, jogurt dla Jasia. Zwykły wtorek. Człowiek wraca z roboty, myśli o obiedzie, o praniu, o tym, że rata kredytu znowu poszła w górę, a tu dostaje czymś takim prosto w twarz.
Kamil usiadł i potarł czoło.
„Marta, to nie wygląda tak…”
„Nie mów do mnie teraz po imieniu.”
„Mieliśmy kryzys. Od dawna. Ty byłaś ciągle zmęczona, obrażona, wszystko było o dziecku, o rachunkach, o twojej matce…”
Aż się zaśmiałam. Naprawdę. Takim śmiechem, po którym od razu chce się płakać.
„Czyli co? Za karę zacząłeś spać z moją koleżanką?”
Nie odpowiedział.
I wtedy wszystko zaczęło mi się składać. Te jej dziwne wiadomości. To, że nagle przestała do mnie wpadać, ale za to „przypadkiem” bywała pod blokiem. To, że sąsiadka z trzeciego piętra, pani Ela, patrzyła na mnie z takim współczuciem, że aż mnie to wkurzało. To, że dwa razy spotkałam Monikę wychodzącą z naszej klatki, a ona tłumaczyła, że była u kuzynki. U jakiej kuzynki, skoro mieszka na drugim końcu miasta?
Wieczorem zeszłam wyrzucić śmieci i pani Ela sama mnie zaczepiła.
„Pani Marto… ja nie chciałam się wtrącać.”
Już wtedy wiedziałam.
„Od kiedy wszyscy wiedzą?”
Spuściła wzrok.
„Różnie ludzie mówią. Od kilku miesięcy.”
Kilku miesięcy.
Ja w tym czasie latałam między pracą na etacie, przedszkolem, przychodnią z Jaśkiem, bo ciągle coś łapał, a moją matką, która po udarze zaczęła potrzebować coraz więcej pomocy. Kamil oczywiście „dużo pracował”. Czasem wracał późno, czasem był zmęczony, czasem siedział z telefonem w łazience. Widziałam to. Coś czułam. Ale sama sobie wciskałam, że przesadzam. Bo przecież kredyt, bo dziecko, bo nie będę robić awantury o jakieś przeczucia. No i może nie chciałam wiedzieć. To też prawda.
Monika zadzwoniła następnego dnia.
Nie odebrałam. Napisała tylko: „To się po prostu wydarzyło. Nie chciałam cię skrzywdzić”.
To mnie chyba zabolało bardziej niż sam romans. To „po prostu”. Jakby się rozlała kawa. Jakby nie weszła z butami w moje życie i nie urządziła sobie tam czegoś na boku.
Kamil przez kilka dni próbował grać skruszonego. Odbierał Jasia z przedszkola, kupił kwiaty, nawet umówił nas niby na rozmowę.
„Nie przekreślaj wszystkiego. To był błąd.”
„Błąd to jest źle wpisać przelew. Ty mnie okłamywałeś miesiącami.”
„Chcę ratować rodzinę.”
„Rodzinę? Tę, przy której pół bloku robiło sobie przedstawienie?”
Wtedy pierwszy raz się wkurzył.
„Bo ty zawsze patrzysz, co ludzie powiedzą!”
Aż walnęłam ręką w stół.
„Nie. To ty nie pomyślałeś, że ludzie będą gadać, kiedy sprowadzałeś ją do naszego domu.”
Najbardziej bałam się o Jasia. Ma sześć lat, nie rozumie takich rzeczy. Widział tylko, że tata śpi na kanapie, a mama zamyka się w łazience i za długo tam siedzi. Zapytał mnie kiedyś cicho: „Mamo, to my już nie będziemy razem oglądać bajek?” I wtedy pękłam totalnie.
Nie odeszłam od razu. I tu też mam do siebie żal. Przez dwa tygodnie chodziłam jak cień, liczyłam, sprawdzałam, pytałam znajomej prawniczki, co z mieszkaniem, bo kredyt jest wspólny, wkład własny był częściowo z pieniędzy po moim ojcu. Kamil nagle zaczął opowiadać, że przecież on też dużo włożył w remont, że to nie jest takie proste, że może dogadamy się „po ludzku”. Wiecie, jak to brzmi po zdradzie? Jak żart.
Teściowa oczywiście zadzwoniła, że „dla dobra dziecka trzeba zacisnąć zęby” i że „mężczyźni czasem głupieją”. Moja matka z kolei powiedziała tylko: „Nie daj sobie wmówić, że to twoja wina”. A ja przez moment i tak to sobie wmówiłam. Bo byłam zmęczona, bo nie miałam siły na seks, bo często byłam nerwowa, bo wszystko było na mojej głowie. Tylko że kryzys to nie jest przepustka do zdrady. Szczególnie z kimś, kogo wpuszczałam do domu.
Złożyłam pozew. Bez wielkich scen, bez rzucania talerzami. Za to z wydrukami przelewów, screenami wiadomości i terminem u adwokatki. Chcę, żeby Jaś miał stabilność. Chcę sprawiedliwego podziału majątku. Chcę alimentów, które nie będą „na słowo honoru”, tylko normalnie, jak trzeba. I przede wszystkim chcę odzyskać własną twarz, bo przez ostatnie miesiące chodziłam po osiedlu jak ostatnia naiwna, a wszyscy podobno wiedzieli.
Kamil teraz mówi, że przesadzam, że robię wojnę. Może dla niego wojną jest to, że pierwszy raz ponosi konsekwencje.
Najgorsze jest to, że czasem dalej za nim tęsknię. Nie za tym, co zrobił, tylko za tym, kim myślałam, że jest. I chyba właśnie to boli najbardziej.
Powiedzcie mi szczerze — da się po czymś takim jeszcze komukolwiek zaufać? I czy naprawdę dla dobra dziecka powinno się zostać, kiedy człowiek codziennie patrzy na ściany, które pamiętają upokorzenie?