Budowa altany miała nas zbliżyć. Wystarczył jeden rachunek, żeby cała rodzina pękła na pół
Zorientowałem się, że coś jest nie tak, kiedy Paweł trzeci raz tego dnia odwrócił wzrok, jak tylko podszedłem bliżej z wkrętarką. Stał przy słupku altany, niby mierzył poziomicą, ale ręce mu drżały. Na działce teściów pod Mińskiem było duszno, ciężkie powietrze przed burzą, a między nami wisiało coś jeszcze gorszego niż upał.
Miał to być zwykły rodzinny dzień. Teść, Zbigniew, od rana rządził jak na budowie życia. Teściowa, Danuta, nosiła kawę w szklankach i co chwilę powtarzała, że „jak rodzina razem robi, to wszystko idzie lżej”. Moja żona, Karolina, układała przy tarasie doniczki i udawała, że słucha. Paweł, jej brat, był dziwnie cichy. Za cichy jak na niego.
Znałem go parę lat. Gadatliwy, trochę cwaniak, ale swój. A od jakiegoś czasu? Unikał spotkań. Nie odpisywał. Jak wpadałem do teściów, zaraz gdzieś znikał. Myślałem, że może ma problemy w pracy, bo w hurtowni ostatnio cięli ludzi. Ale tego dnia czułem, że chodzi o coś innego.
Przykręcałem deskę, kiedy zobaczyłem, że z kieszeni Pawła wystaje koperta. Zwykła, biała, z czerwonym nadrukiem. Windykacja. Znam ten krój pisma, bo kiedyś ojciec miał podobne po zamknięciu warsztatu.
Paweł szybko ją wcisnął głębiej, ale było za późno.
Serce mi jakoś dziwnie siadło.
Po obiedzie poszedłem za dom, niby po worki z cementem. On stał przy starej gruszy i palił papierosa jednego od drugiego, choć rzucał rok temu.
Nie patrzył na mnie, gdy zapytałem, czy ma jakieś kłopoty.
Machnął ręką.
– Daj spokój, Marek.
– Paweł, widziałem kopertę. O co chodzi?
Długo milczał. Tak długo, że słyszałem tylko dzieci sąsiadów z drugiej działki i radio teścia grające stare przeboje. W końcu usiadł na odwróconej taczce i przetarł twarz.
– To nie moje długi.
Poczułem zimno, mimo tego skwaru.
– To czyje?
Spojrzał na mnie tak, jakby już był zmęczony samym istnieniem.
– Karoliny.
Najpierw pomyślałem, że źle usłyszałem. Że może powiedział „koleżanki Karoliny” albo cokolwiek innego. Ale nie. Powiedział to jeszcze raz, ciszej.
– Twojej żony.
Zacząłem się śmiać. Tak głupio, nerwowo. Bo co miałem zrobić? Karolina? Ta sama, która zawsze powtarzała, że trzeba żyć skromnie, planować wydatki, odkładać choćby dwie stówki? Ta sama, która robiła mi awantury o zamawianie jedzenia na mieście?
– Jakie długi?
– Chwilówki. Kilka. Potem jedna na spłatę drugiej. Na raty, zakupy, rachunki… Nie wiem wszystko. Pomagałem jej od zimy.
Miałem wrażenie, że ziemia pod nogami zrobiła się miękka.
– Ty? Dlaczego ty?
Paweł zacisnął szczękę.
– Bo przyszła do mnie zapłakana. Mówiła, że to tylko na chwilę, że odda, że to przez pralkę, przez leki dla małej, przez ten wasz kredyt i że tobie nie chce dokładać stresu. A potem odsetki ją zjadły.
Patrzyłem na niego i już sam nie wiedziałem, czy bardziej chcę mu dać w twarz, czy podziękować, że w ogóle to powiedział.
– Ile?
Nie odpowiedział od razu.
– Prawie trzydzieści tysięcy.
Aż mnie zatkało. Mieliśmy oszczędności? Nie. Ledwo spinaliśmy miesiąc. Ja pracowałem po godzinach w serwisie, ona w drogerii na pół etatu. Bywało ciężko, jasne. Ale nie aż tak. A może aż tak, tylko ja nic nie widziałem?
Wróciłem na podwórko jak nie swój. Karolina od razu poznała po mnie, że wiem. Zbladła. Odłożyła konewkę i nawet nie spytała skąd.
– Marek, ja ci chciałam powiedzieć.
– Kiedy? Jak komornik by wszedł?
Teściowa zamarła z talerzem w ręku. Teść odłożył młotek.
Paweł podszedł wolno, jak skazaniec.
– Powiedziałem mu.
Karolina spojrzała na niego z taką wściekłością, że aż się cofnął.
– Obiecałeś mi.
– A ty obiecywałaś wszystkim! – wybuchł. – Mnie, że oddasz. Jemu, że wszystko jest dobrze. Rodzicom, że nic się nie dzieje. Ile jeszcze?
Danuta usiadła ciężko na krześle ogrodowym.
– Jakie chwilówki? Karolina, o czym oni mówią?
Karolina się rozpłakała, ale to nie był taki płacz, co wzrusza. To był płacz człowieka przypartego do ściany.
– Bo ciągle brakowało! Na zakupy, na prąd, na dziecięce buty, na dentystę! Ciągle tylko liczenie! Chciałam raz, drugi, potem już nie wiedziałam, jak z tego wyjść.
– I do brata poszłaś? – rzucił teść. – Nie do męża?
– Bo Marek by mnie zabił wzrokiem! Bo on zawsze musi być tym odpowiedzialnym, tym ogarniętym, a ja już miałam dość proszenia o każdy paragon!
To zabolało. Bo trochę było w tym prawdy. Lubiłem kontrolować. Sprawdzać. Martwiłem się o kasę obsesyjnie, odkąd matka sprzedawała obrączkę, żebyśmy mieli za co żyć. Ale czy to usprawiedliwiało takie kłamstwo?
– Nie chodzi o zakupy spożywcze, prawda? – zapytałem.
Karolina spuściła głowę.
Paweł prychnął gorzko.
– Telefon na raty. Robot kuchenny. Ubrania. Prezenty na święta, żeby „nie było wstydu”. Potem spłata poprzednich. I tak leciało.
Danuta nagle poderwała się z miejsca.
– To przez ciebie on teraz ma problemy? – krzyknęła do Pawła. – Sam ledwo wiążesz koniec z końcem!
– A co miałem zrobić, mamo? Patrzeć, jak ją zjedzą firmy pożyczkowe?
– Trzeba było powiedzieć od razu! – ryknął Zbigniew. – W tej rodzinie nic już normalnie nie można?!
I wtedy wszystko się posypało. Pretensje szły we wszystkie strony. Że Paweł zawsze ratowany. Że Karolina od dziecka była faworyzowana. Że Danuta zamiatała problemy pod dywan. Że ja zgrywałem ideał i nie widziałem, że własna żona tonie. Nawet altana stała krzywo, bo nikt już nie patrzył na poziom.
Karolina próbowała do mnie podejść, ale odsunąłem się odruchowo. Chyba najbardziej bolało mnie nie to, że narobiła długów. Tylko że przez miesiące patrzyła mi w oczy, spała obok mnie, planowała wakacje nad jeziorem, a obok tego wszystkiego żyła drugim życiem, w którym ja byłem ostatnim człowiekiem, który ma znać prawdę.
Wieczorem spakowaliśmy się bez słowa. W samochodzie siedziała sztywno, z dłońmi zaciśniętymi na torebce. Gdy dojechaliśmy pod blok, powiedziała tylko:
– Ja naprawdę chciałam dobrze.
Do dziś nie wiem, co mnie bardziej przeraża. To, że tak łatwo można rozwalić rodzinę kilkoma podpisami i milczeniem, czy to, że wszyscy wokół widzieli pęknięcia wcześniej niż ja.
Czy zaufanie da się jeszcze poskładać, kiedy cała prawda wychodzi przy niedokończonej altanie? I co wy byście zrobili na moim miejscu?