Kiedy urodziła dziecko, straciłam przyjaciółkę. A może to ja pierwsza ją zostawiłam?

– Serio przyszłaś bez zapowiedzi? – syknęła Marta, uchylając drzwi tylko na tyle, żebym widziała jej twarz i kawałek przedpokoju zawalonego pieluchami, kurtkami i jakąś suszarką na pranie.

W środku wył mały.

Stałam z sernikiem z osiedlowej cukierni i czułam się jak idiotka.

– Chciałam ci zrobić niespodziankę.

– Aga, ja od trzech dni nie spałam dłużej niż godzinę. Jaką niespodziankę?

To był ten moment, kiedy mogłam powiedzieć: „Dobra, głupio wyszło, wpadnę kiedy indziej”. Mogłam się ugryźć w język. Ale zabolało mnie to jej spojrzenie. Takie zimne, obce. Jakbym była kimś z akwizycji, a nie osobą, z którą przegadała pół życia na ławce pod blokiem i potem pół studiów na Messengerze o drugiej w nocy.

– Wiesz co, od miesięcy wszystko jest „kiedy indziej”. – wyrwało mi się. – Nie da się do ciebie dodzwonić, nie odpisujesz, zniknęłaś.

Marta zamknęła oczy i oparła czoło o framugę.

– Bo urodziłam dziecko, Aga. Nie zniknęłam. Po prostu… nie ogarniam.

Wtedy jeszcze słyszałam tylko własną krzywdę.

Z Martą znałyśmy się od technikum. Byłyśmy tym duetem, o którym wszyscy mówili: „te dwie albo się kiedyś pobiorą ze sobą, albo pokłócą na amen”. Wszystko razem. Wakacje nad Bałtykiem za grosze, pierwsze prace na zleceniu, płakanie po facetach, wybieranie sukienek na wesela kuzynek, bieganie po przychodniach, kiedy jedna miała ataki lęku, a druga udawała twardą. Jak moja mama trafiła do szpitala po udarze, to Marta siedziała ze mną na korytarzu na neurologii do pierwszej w nocy. Jak jej ojciec pił i robił awantury, spała u mnie na rozkładanej kanapie.

Byłyśmy rodziną, tylko bez papierka.

A potem ona zaszła w ciążę.

Na początku cieszyłam się chyba bardziej niż ona. Jeździłam z nią oglądać wózki, śmiałam się z tych wszystkich list wyprawkowych, nosiłam jej ogórki kiszone i drożdżówki. Ale gdzieś po siódmym miesiącu zaczęło się zmieniać. Każda rozmowa była o badaniach, położnej, porodzie, a ja coraz częściej siedziałam naprzeciwko i kiwałam głową jak statystka.

Brzmi podle, ale czułam zazdrość. Nie o dziecko. O to, że przestałam być ważna.

Po porodzie było jeszcze gorzej. Pisałam: „Jak się czujesz?”, a ona odpisywała po dwóch dniach: „żyję”. Dzwoniłam, nie odbierała. Jak już odbierała, to słyszałam tylko płacz, jej urywany oddech i teksty typu: „Oddzwonię”, po czym nie oddzwaniała nigdy.

Raz zaproponowałam, żeby wyszła choć na godzinę na kawę.

– Z kim mam go zostawić? – odburknęła.

– Z Kamilem, to też jego dziecko.

Zapadła cisza.

– Ty nic nie rozumiesz – powiedziała w końcu.

No i właśnie. Tego zdania nie mogłam przełknąć.

Bo ja wtedy też nie miałam lekko. Pracowałam w biurze rachunkowym za śmieszne pieniądze, rata za mieszkanie zjadała mi pół pensji, mama po udarze wymagała coraz więcej pomocy, a mój związek z Łukaszem właśnie się sypał, bo według niego byłam „wiecznie nabuzowana”. Tylko że ja o tym prawie Marcie nie mówiłam. Bo przy niej wszystko wydawało się mniej ważne. Dziecko wygrywało z każdą historią.

Więc się obraziłam. Tak po dziecięcemu, ale mocno.

Przestałam pierwsza pisać. Oglądałam jej zdjęcia na Instagramie i gotowałam się ze złości. Bo skoro wrzucała zdjęcie małego w body z liskiem, to chyba mogła odpisać „co u ciebie?”. Głupie? Pewnie, że głupie. Ale wtedy serio mnie to gryzło.

Minęło prawie pół roku. Widziałyśmy się tylko na chrzcinach. Siedziałam przy stole z ciotkami i jadłam rosół, jakbym była jakąś daleką znajomą. Marta wyglądała pięknie i strasznie zmęczono jednocześnie. Kamil kręcił się z miną bohatera, a ona nawet nie usiadła spokojnie na dziesięć minut.

Najgorsze przyszło później.

Moja mama znowu trafiła do szpitala. Napisałam do Marty w nocy, bardziej odruchowo niż z nadzieją. „Jest źle. Boję się”.

Odpisała rano. Jedno zdanie.

„Przepraszam, mały miał gorączkę, dopiero to zobaczyłam.”

I nic więcej.

Wpadłam w szał. Napisałam jej wtedy wiadomość, której długo się wstydziłam. Że odkąd została matką, świat jej się zawęził do własnego nosa. Że przyjaźń to nie opcja dodatkowa. Że jak kiedyś ona mnie potrzebowała, to byłam.

Nie odpisała.

Dwa tygodnie później sama stanęłam pod jej blokiem. Tym razem zadzwoniłam wcześniej.

Otworzyła mi w dresie poplamionym zupką. Włosy spięte byle jak, oczy podkrążone. Mały siedział na macie i marudził.

– Chcesz kawy? Jest zimna, ale mogę podgrzać – rzuciła.

Usiadłyśmy w kuchni. Tej samej, w której kiedyś piłyśmy prosecco z plastikowych kubków, bo wszystkie szklanki były jeszcze w kartonach po przeprowadzce.

– Wkurzyłam się na ciebie – zaczęłam.

– Ja na ciebie też.

– Wiem.

Długo mieszała łyżeczką w kubku, chociaż nic tam nie było do mieszania.

– Aga, ja po porodzie byłam w totalnej rozsypce – powiedziała cicho. – Płakałam codziennie. Bałam się zostać z nim sama, a i tak ciągle byłam sama, bo Kamil wrócił do roboty po dwóch tygodniach i uważał, że skoro zarabia, to już robi wszystko. Nie miałam siły myć włosów, a co dopiero być fajną koleżanką od wyjść na miasto.

Patrzyłam na nią i pierwszy raz od miesięcy naprawdę ją widziałam.

– Mogłaś mi powiedzieć.

Roześmiała się krótko, gorzko.

– A ty mogłaś nie robić ze mnie wyrodnej suki, bo nie odpisałam w trzy godziny.

Zabolało, bo miała rację.

W końcu powiedziałam jej o mamie, o Łukaszu, o tym, że czasem wracam do pustego mieszkania i mam ochotę rzucić telefonem o ścianę, jak widzę cudze szczęśliwe rodzinki. Że byłam zazdrosna, że ktoś mnie wyprzedził w dorosłym życiu, choć wiem, jakie to głupie.

Marta nic nie mówiła. Tylko patrzyła.

– Myślałam, że już mnie nie potrzebujesz – wyszeptałam.

– A ja myślałam, że potrzebujesz mnie tylko w tej wersji sprzed dziecka.

I chyba obie miałyśmy rację. Trochę.

Nie wróciłyśmy nagle do dawnej relacji. Nie zaczęłyśmy znowu codziennie gadać do północy. Teraz czasem wysyła mi zdjęcie małego umazanego kaszką, a ja odpisuję dopiero po pracy. Czasem ja odwołuję spotkanie, bo jadę z mamą do przychodni albo po prostu nie mam siły. Czasem ona znika na trzy dni, bo ząbkowanie, infekcja, życie.

Ale już nie liczymy sobie wszystkiego tak jak dawniej. I nie udajemy, że nic się nie stało.

Przyjaźń nam się nie skończyła. Po prostu przestała być wygodna i oczywista. Może dopiero wtedy stała się prawdziwa.

Do dziś się zastanawiam, ile relacji rozwala nie zła wola, tylko zmęczenie, duma i to głupie czekanie, aż druga strona „sama się domyśli”.

Jak myślicie — bardziej zawiniłam ja, bo nie umiałam odpuścić, czy Marta, bo zamknęła się przede mną na amen?