Powiedzieli mi, że skoro nie mam dzieci, to mam czas na ich matkę. Pękłam przy stole u teściowej
– Ty i tak nie masz dzieci, więc masz więcej luzu – powiedziała Aneta, mieszając łyżeczką w herbacie tak spokojnie, jakby mówiła o pogodzie. – Mama najlepiej czuje się przy tobie.
Siedziałam przy stole u teściowej, z reklamówką leków pod krzesłem i mokrą kurtką na sobie, bo znowu biegłam z przychodni. Marek nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. Tylko rzucił:
– No i co się tak od razu spinasz? Przecież to na jakiś czas.
Na jakiś czas. To „jakiś czas” trwał już dziewięć miesięcy.
Mam 39 lat, pracuję na etacie w biurze rachunkowym, a po godzinach dorabiam jeszcze na umowie zleceniu, bo mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie w bloku i po ostatnich podwyżkach rat naprawdę nie było z czego oddychać. Dzieci nie mamy. Nie dlatego, że „tak nam wygodnie”, jak lubiła rzucić ciotka Marka na imieninach, tylko dlatego, że po dwóch poronieniach i latach latania po lekarzach po prostu już nie miałam siły. O tym w rodzinie się nie mówiło. Oficjalna wersja była prostsza: „im się nie udało”. Kropka.
Kiedy teściowa, Halina, zaczęła coraz bardziej niedomagać, najpierw pomagałam z serca. Cukrzyca, nadciśnienie, potem problemy z chodzeniem po schodach, zawroty głowy. Marek pracował jako kierowca i ciągle go nie było. Aneta miała dwójkę dzieci, męża i wieczny chaos, co podkreślała przy każdej okazji. Więc to ja jeździłam z Haliną do przychodni, stałam w kolejkach do rejestracji, wykłócałam się o terminy do neurologa na NFZ, odbierałam recepty, kupowałam pieluchomajtki, robiłam zakupy i siedziałam z nią wieczorami, kiedy bała się zasnąć sama.
Na początku słyszałam „dziękuję”. Potem już tylko: „wpadniesz jutro?”, „trzeba mamę wykąpać”, „zobacz, czy ZUS przysłał decyzję”, „pojedź z nią do urzędu”.
Najbardziej bolało mnie to, że nikt nawet nie pytał, czy mogę. Oni zakładali, że mogę.
Raz wróciłam do domu po dwudziestej drugiej. Halina miała gorszy dzień, znowu wymiotowała po lekach. Weszłam do mieszkania, a Marek siedział przed telewizorem. Na stole stał niepozmywany garnek.
– Nie odbierałeś telefonu – powiedziałam.
– Bo prowadziłem, a potem padłem. O co znowu chodzi?
Patrzyłam na niego i czułam, jak mnie coś ściska w gardle.
– O to, że ja też padam.
Wzruszył ramionami.
– Ewa, no bez przesady. Aneta ma dzieci, ja robię po dwanaście godzin. Ktoś musi.
Ktoś. Nie żona, nie synowa, nie człowiek. Ktoś.
Prawda jest taka, że sama też zawaliłam. Od początku nie stawiałam granic. Chciałam być dobra. Chciałam, żeby nikt nie powiedział, że skoro nie urodziłam dziecka, to przynajmniej mogę się wykazać gdzie indziej. Głupie? Może. Ale jak się latami słyszy aluzje przy świętach, na weselach, nawet po komunii chrześniaka, to człowiek zaczyna robić wszystko, żeby zasłużyć na miejsce przy stole.
Kulminacja przyszła w sobotę. U Haliny miał być „rodzinny obiad”, bo Aneta przywiozła rosół, a Marek wrócił wcześniej z trasy. Ja od rana sprzątałam u teściowej, zmieniałam pościel, myłam łazienkę po nocy, bo teściowa nie zdążyła. Byłam niewyspana, wkurzona i już mi ręce latały ze zmęczenia.
Przy drugim daniu Halina westchnęła, że trzeba będzie pomyśleć, żeby ktoś z nią zamieszkał, bo sama już nie daje rady.
Zapadła cisza. Taka ciężka, lepka.
Aneta pierwsza spojrzała na mnie.
– Ewa ma najbliżej z pracy.
Marek odłożył widelec.
– I najbardziej elastyczną sytuację.
Roześmiałam się. Naprawdę. Taki śmiech, jak człowiek już nie wierzy, że to się dzieje.
– Elastyczną? Ja pracuję, ogarniam dom i od miesięcy robię za darmową opiekunkę waszej matki.
Aneta od razu się napięła.
– „Waszej”? No ładnie. Jak brałaś od mamy słoiki i pieniądze na remont łazienki, to była dobra, co?
Zabolało, bo to była prawda. Halina kiedyś nam pomogła, gdy brakło na wkład własny przy remoncie. Tylko że nikt nie mówił, że spłata ma wyglądać tak, że oddam jej siebie.
– Pomogła nam raz – powiedziałam. – A ja od miesięcy oddaję jej każdy wolny dzień. I wy też to widzicie.
Marek zrobił się czerwony.
– Przesadzasz. Nikt cię nie zmusza.
Wtedy puściło.
– Nie? To powiedz to jeszcze raz. Powiedz, że mnie nie zmuszacie, kiedy od tygodni słyszę, że skoro nie mam dzieci, to mam czas. Powiedz, że moje życie jest mniej ważne, bo nie rodziłam. Powiedz to mamie wprost, przy mnie.
Halina spuściła wzrok. Aneta zaczęła poprawiać serwetkę, byle na mnie nie patrzeć.
– Jesteś okrutna – syknęła. – Mama jest chora.
– A ja jestem zmęczona. I też coś mnie kosztuje dźwiganie tego wszystkiego.
Marek wstał tak gwałtownie, że krzesło zgrzytnęło o płytki.
– To co proponujesz? Oddać matkę do domu opieki? Ludzie nas zjedzą.
No właśnie. Ludzie. Sąsiedzi, ciotki, kuzynki, cała ta orkiestra oburzenia. Byle tylko nie ruszać syna i córki, bo oni „mają swoje rodziny”. A ja co? Jestem dodatkiem?
Powiedziałam wtedy coś, czego długo się bałam:
– Proponuję grafik. Konkretny. Ty dwa dni w tygodniu, Aneta dwa dni, ja dwa. I dokładamy się do opiekunki choćby na kilka godzin. A jak nie, to załatwiamy MOPS i szukamy dziennej opieki. Koniec z tym, że moje życie jest z gumy.
Nikt się nie odezwał.
Tylko Halina cicho powiedziała:
– Nie chciałam, żeby tak to wyglądało.
I to było najgorsze. Bo chyba jej uwierzyłam.
Od tamtej soboty minęły trzy tygodnie. Marek śpi w salonie, odzywamy się do siebie głównie o rachunkach. Aneta obrażona, ale już dwa razy pojechała z matką do lekarza. Grafik działa średnio, wiadomo. Zawsze coś. Ale pierwszy raz od miesięcy wróciłam po pracy do domu i nie musiałam biec dalej z językiem na brodzie.
Mam poczucie winy i ulgę jednocześnie. Da się tak w ogóle żyć? Może gdybym wcześniej nie udawała twardej, nie doszłoby do tej awantury.
Powiedzcie mi szczerze: czy naprawdę brak dzieci znaczy, że człowiek ma obowiązek oddać cały swój czas innym? I gdzie kończy się pomoc rodzinie, a zaczyna zwykłe wykorzystywanie?