Oddałam obrączkę do lombardu, żeby dzieci miały co jeść
„Anka, ja ci mówię, oddam pani Basi w piątek. No w piątek na pewno” — powiedziałam przy kasie, a ona tylko spojrzała na mnie tak, że od razu wiedziałam, że nie wierzy.
Za mną stała jakaś dziewczyna z telefonem w ręce i nawet nie udawała, że nie słucha. Kaja ciągnęła mnie za rękaw i szeptała: „Mamo, weź jeszcze serki”, a ja czułam, jak mi się robi gorąco. Wzięłam chleb, margarynę, makaron, parówki z tych najtańszych i mleko. Serków już nie.
„Pani Aniu, ja rozumiem, ale kierowniczka już zwraca uwagę” — powiedziała pani Basia ciszej. „To już jest prawie czterysta złotych.”
Prawie czterysta. Za chleb, mleko i takie tam. Pokiwałam głową, jakby to było nic. Zgarnęłam siatkę i wyszłam.
Na klatce schodowej usiadłam na chwilę na schodach, bo mi się nogi zrobiły jak z waty. Miałam w reklamówce zakupy, a w portfelu siedem złotych i bilet miesięczny, który kończył się za dwa dni.
Marek siedział w domu w kurtce. Nie dlatego, że mu było wygodnie, tylko dlatego, że znowu przykręciliśmy grzejniki prawie na zero. Dzieci były w pokoju, rysowały coś przy stole.
„I co?” — zapytał.
„I nic. Wzięłam na kreskę.”
„No to dobrze.”
Tak powiedział. Dobrze. Jakby to było normalne.
„Dobrze? Ty w ogóle słyszysz siebie?”
Podniósł się od razu. „A co miałem zrobić? Warsztat mi zamknęli z dnia na dzień. Wspólnota wypowiedziała najem, bo właściciel sprzedał lokal deweloperowi. Mam stanąć na Marszałkowskiej i żebrać?”
„Nie, Marek, najlepiej mów dzieciom, że jutro będzie lepiej już trzeci miesiąc.”
Filip od razu wyszedł z pokoju. Ma dziewięć lat, ale już wszystko łapie.
„Mamo, ja nie chcę naleśników jutro. Mogę w szkole zjeść.”
Jak on to powiedział, to mnie aż ścisnęło. Bo on myślał, że ja robię naleśniki, bo lubi. A ja robiłam, bo mąka, woda, jajko i już niby obiad.
Po zamknięciu warsztatu Marek niby szukał czegoś nowego. Jeździł, dzwonił, pisał. Był mechanikiem, miał swoich klientów na Grochowie, ludzie go znali. Tylko że bez miejsca i bez sprzętu to sobie mógł. Czasem ktoś zadzwonił, żeby pod blokiem spojrzał na auto, wymienił akumulator albo klocki, ale z tego nie było życia.
Ja pracowałam kiedyś w punkcie ksero przy rondzie Wiatraczna, ale punkt zamknęli jeszcze wcześniej. Potem trochę sprzątałam u ludzi, trochę pomagałam starszej pani na Saskiej Kępie, zakupy, apteka, takie rzeczy. Wszystko na słowo, bez umowy, jak zadzwonią, to jest, jak nie, to nie ma.
Zaczęłam opuszczać śniadania. Potem kolacje. Dzieciom mówiłam, że jadłam u pani Danusi, u której sprzątałam, albo że mnie żołądek boli. Marek najpierw nie zauważał, a potem zauważył i się wściekł.
„Nie rób ze mnie jakiegoś darmozjada.”
„To przynieś pieniądze.”
„Przynoszę, ile mogę!”
I znowu awantura. Tylko że po tej awanturze on wyszedł trzaskając drzwiami, a ja znalazłam w łazience jego telefon. Ktoś dzwonił. Na ekranie było: „Kasia nie odbieraj teraz”.
Serio, tak zapisane.
Poczułam, jak mi krew szumi. Oddzwoniłam. Odebrała kobieta.
„Halo?”
„Kim pani jest?” — wypaliłam.
Cisza. Potem westchnienie. „A pani to pewnie Ania.”
Myślałam, że zemdleję.
Okazało się, że Kasia prowadziła mały zakład samochodowy pod Ząbkami, bardziej blacharka i lakiernictwo, ale miała kanał i miejsce. Marek od kilku tygodni dogadywał się z nią, żeby wejść tam na spółkę albo chociaż wynajmować stanowisko. I teraz najlepsze: nie powiedział mi, bo zastawił w lombardzie część narzędzi i moją starą złotą obrączkę po babci, tę, którą trzymałam w pudełku, żeby wpłacić zaliczkę.
Jak wrócił, to nie zapytałam spokojnie. Od progu zaczęłam krzyczeć.
„Ty mi obrączkę oddałeś do lombardu? Moją? Bez pytania?”
On najpierw zbladł, potem też zaczął.
„Bo co miałem zrobić?! Pożyczyć od twojej siostry, żeby potem wszystkim opowiadała? Ojciec mi nie da, bo już raz dał. W banku nikt na nas nie spojrzy. Chciałem to odkupić po pierwszej robocie.”
„A Kasia?”
„Jaka znowu Kasia, Jezus Maria, wspólniczka, nie kochanka!”
Dzieci płakały w pokoju, a my staliśmy w kuchni nad pustym blatem i darliśmy się o rzeczy, których i tak nie mieliśmy.
Byłam tak wściekła, że następnego dnia poszłam do lombardu. Chciałam odzyskać tę obrączkę, choćby nie wiem co. Facet za ladą powiedział kwotę, a ja się tylko zaśmiałam, bo to było więcej, niż miałam przez pół miesiąca. Wyszłam i od razu zadzwoniłam do pani Danusi, że wezmę jeszcze mycie okien u jej córki. Potem zgodziłam się roznosić ulotki pod Galerią Wileńską. Stałam tam z tym plikiem papierów, marzłam i myślałam tylko o tym, że jeszcze rok temu wstydziłabym się bardziej.
Tyle że wtedy wyszło coś jeszcze. Filip przyniósł ze szkoły karteczkę, że zalegamy z opłatą za obiady i żeby pilnie uregulować. A Kaja powiedziała, że pani ją pytała, czemu nie chodzi na angielski, bo składka nieopłacona. Ja o tym nie wiedziałam. Marek mówił, że to opłacił.
Wieczorem usiadłam z nim przy stole i już bez krzyku pytam: „Gdzie poszły te pieniądze z tych dwóch napraw spod bloku i zlecenia u pana Wróbla?”
Siedział długo cicho. Myślałam, że znowu skłamie.
„Do mamy” — powiedział w końcu.
Jego matka mieszka sama na Targówku. Cukrzyca, problemy z nogą, uparta jak sto diabłów. Nie lubi mnie i to nie jest tajemnica.
„Jak to do mamy?”
„Przyszło jej wezwanie z administracji za zaległy czynsz. Dwa miesiące. Nie chciałem ci mówić.”
„Czemu?”
„Bo u nas też nie ma z czego. Bo wiedziałem, że powiesz, że najpierw dzieci.”
„A nie?”
„A jak jej odetną prąd albo ją wywalą, to co? Mam patrzeć?”
I tu mnie zatkało. Bo byłam wściekła, ale też… no, znałam go. Wiedziałam, że on by naprawdę oddał ostatnie komuś swojemu. Tylko że my też byliśmy „swoi”.
Przez dwa dni prawie nie gadaliśmy. Potem zadzwoniła ta Kasia i powiedziała, że jeśli Marek chce wejść do niej na stanowisko, to ma tydzień, bo potem bierze kogoś innego. Zaliczka przepadnie, jak się nie zdecyduje. Marek mówił, że to jedyna szansa, żeby wrócić do normalnej roboty. Ja patrzyłam na lodówkę, w której było światło, ketchup i pół kostki masła.
Sprzedałam wtedy w końcu swój łańcuszek po komunii i pożyczyłam od sąsiadki z góry dwieście złotych. Tak, tej samej, której wcześniej unikałam, bo raz słyszała naszą awanturę przez ścianę. Upokarzające strasznie. Ale dała. Powiedziała tylko: „Oddasz, jak będziesz miała.” I się popłakałam jak głupia na wycieraczce.
Marek wszedł do tego zakładu. Na początku było kiepsko, bo dojazdy, bo jeszcze trzeba było odkupić część narzędzi, bo klienci nie przychodzą od razu. Ale po trzech tygodniach zaczął wracać późno i brudny, tak naprawdę brudny, nie od udawania. Przyniósł pierwsze większe pieniądze i najpierw zapłacił obiady Filipa, potem pani Basi część długu, a potem wykupił tę obrączkę. Położył ją przede mną na stole i powiedział tylko: „Przepraszam.”
Nie rzuciłam mu się na szyję. Wzięłam ją i schowałam. Do dziś jej nie noszę.
Bo niby jest trochę lepiej, ale ja nadal pamiętam ten sklep, te parówki, to kłamstwo o obiadach i to, że on decydował za moimi plecami. Z drugiej strony wiem też, że ja mu nie powiedziałam, jak długo prawie nie jadłam, i też udawałam, że panuję. U nas nikt nie był do końca fair.
Najgorsze w biedzie jest chyba nie tylko to, że nie ma pieniędzy. Tylko że człowiek zaczyna chować przed najbliższymi różne rzeczy, bo mu się wydaje, że jak nie powie, to jakoś to utrzyma. A potem wszystko się sypie naraz.
Nie wiem, czy wybaczyłabym to samo drugi raz. Ale też nie wiem, czy na jego miejscu sama nie zrobiłabym czegoś równie głupiego. Co wy byście zrobili: postawili sprawę twardo po takim czymś czy próbowali jeszcze ratować to małżeństwo?