Wróciłam z zagranicy i zobaczyłam go z młodą dziewczyną pod naszym blokiem w Malborku
— Beata, nie rób scen. Ludzie patrzą — Wojtek syknął przez zęby, a jego dłoń wciąż leżała na talii tej dziewczyny, jakby była częścią jego kurtki.
Stałam pod naszą klatką w Malborku z walizką, jeszcze z zapachem lotniska w ubraniu. W głowie miałam tylko jedno: wróciłam, bo tęskniłam. A on wrócił do czegoś, co nie miało nic wspólnego ze mną.
Dziewczyna odsunęła się o pół kroku, ale nie uciekła. Miała jasne włosy, zbyt cienką kurtkę i oczy, które udawały pewność.
— Jak masz na imię? — zapytałam spokojnie, aż sama się przestraszyłam własnego głosu.
— Ola… — wyszeptała.
— Ile masz lat, Olu?
Wojtek wszedł mi w słowo:
— Beata, przestań. To nic. Pogadamy w domu.
— W domu? — parsknęłam. — Ty mówisz „w domu”, jakbyś jeszcze wiedział, co to znaczy.
Klatka pachniała wilgocią i płynem do mycia podłóg. Ktoś na balkonie zatrzasnął okno. Czułam na karku spojrzenia sąsiadów, tych samych, którzy miesiącami mówili mi „jaka ty dzielna”, kiedy wyjeżdżałam za granicę do pracy. „Dla rodziny, Beata. Dla dzieci.”
— Nie wyjeżdżaj tyle — mówiła wcześniej Halina z parteru. — Facet sam… to wiadomo.
Wiadomo. Zawsze wiadomo, tylko nigdy nie wiadomo, jak bardzo boli.
— Wojtek, gdzie są dzieci? — zapytałam.
Zawahał się ułamek sekundy. Wystarczyło.
— U twojej mamy — odpowiedział szybko. — Spokojnie. Są bezpieczne.
Bezpieczne. A ja? A my?
— I to jest twoja odpowiedź? Że są bezpieczne? — podeszłam bliżej. — A ty? Ty jesteś kim?
Ola spojrzała na jego twarz, jakby czekała, aż ją obroni. Wojtek zacisnął szczękę.
— Po co ty wróciłaś bez zapowiedzi? — rzucił, jakby to było sedno.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
— Ja… ja wróciłam do męża — powiedziałam cicho. — Do człowieka, którego znam od lat. Zawsze byłeś duszą towarzystwa, zawsze śmiałeś się głośno, zawsze potrafiłeś oczarować ludzi. A teraz stoisz tu i robisz ze mnie intruza.
— Nie dramatyzuj — warknął.
— Nie dramatyzuj? — powtórzyłam. — Widzisz moją walizkę? Ja ją dźwigałam dla ciebie. Dla dzieci. Dla tego, żebyśmy spłacili kredyt i żebyś nie musiał wyjeżdżać. A ty w tym czasie…
Ola drgnęła.
— Ja nie wiedziałam, że… — zaczęła.
— Wiedziałaś, że ma żonę — przerwałam. — To wystarczy.
Wojtek zrobił krok w moją stronę.
— Beata, nie rób z siebie świętej. Ty też wybrałaś. Wybrałaś pracę. Wybrałaś zagranicę.
— Wybrałam jedzenie na stole — odbiłam. — Wybrałam buty dla dzieci. Wybrałam rachunki, których ty nie chciałeś otwierać.
Zatrzymał się. W jego oczach na sekundę mignęło coś jak wstyd. I zaraz zniknęło.
— Wejdźmy do środka — powiedział, już spokojniej. — Pogadamy.
Spojrzałam na domofon. Na nasze nazwisko na skrzynce. Na drzwi, które tyle razy otwierałam z kluczem w ręku i nadzieją w głowie.
— Nie — powiedziałam.
— Co „nie”? — uniósł brwi.
— Nie będę rozmawiać w mieszkaniu, w którym ona była — wskazałam Olę. — I nie będę udawać, że to „tylko nic”.
Z góry dobiegł szmer. Ktoś wyszedł na klatkę, ktoś udawał, że wyrzuca śmieci.
— Chcesz, żeby wszyscy wiedzieli? — syknął Wojtek.
— Ja już wiem — odpowiedziałam. — A reszta? Reszta i tak zawsze wie lepiej.
Ola zrobiła krok w tył.
— Ja pójdę — powiedziała szybko, patrząc w ziemię.
Wojtek złapał ją za rękę.
— Zostań.
To słowo uderzyło we mnie mocniej niż jakiekolwiek wyzwisko.
— Zostań… — powtórzyłam, jakbym próbowała sprawdzić, czy dobrze usłyszałam.
Puścił ją dopiero, gdy zobaczył, że nie płaczę. Że nawet nie krzyczę. Że coś we mnie po prostu… pękło i się zamknęło.
— Dobrze — powiedziałam. — Zostaniecie.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do mamy.
— Mamo, przyjadę po dzieci. Dziś. Tak, wiem… Nie, nie pytaj teraz. Proszę.
Wojtek pobladł.
— Beata, nie rób mi tego.
— „Nie rób mi tego”… — spojrzałam na niego. — Wojtek, ty mi to już zrobiłeś. Wtedy, kiedy pierwszy raz skłamałeś. Kiedy pierwszy raz wróciłeś później. Kiedy pierwszy raz powiedziałeś, że przesadzam.
— To był błąd — wydusił.
— Błąd to jest, jak się pomyli adres — odpowiedziałam. — To było wybieranie. Dzień po dniu.
Chciał coś powiedzieć, ale zamilkł, bo z klatki wyszła Halina.
— O, Beata! Ty już w domu? — uśmiechnęła się sztucznie, zerknęła na Olę i Wojtka. — A to…?
Wojtek napiął się.
— To nic — powiedział szybko.
Spojrzałam Halinie prosto w twarz.
— To jest Ola. A ja właśnie przestałam udawać, że „wszystko jest dobrze”.
Halina otworzyła usta, ale nie znalazła słów. I pierwszy raz w życiu to ja poczułam, że plotka przestaje mnie trzymać za gardło.
Wojtek podszedł bliżej, ciszej:
— Beata, dzieci… proszę. Zostań. Ułożymy to.
— Ułożyć to można klocki — odpowiedziałam. — Albo życie, jeśli się ma ręce czyste.
Odeszłam z walizką, powoli, żeby się nie zachwiać. Nogat gdzieś dalej płynął swoim spokojnym rytmem, jakby Malbork nie miał nic wspólnego z moim bólem. A ja szłam po te dzieci, żeby zobaczyły matkę, która w końcu przestaje przepraszać za cudze grzechy.
Dziś nie wiem, czy większą odwagą jest odejść, czy zostać i wymagać prawdy. A wy— co byście wybrali na moim miejscu: spokój pozorów czy wolność, która boli?