Wczoraj znów stanęły razem pod moimi drzwiami: moja mama i teściowa. Ich błaganie łamie mi serce
„Nie rób nam tego, Anka…” — głos mamy zadrżał, zanim jeszcze zdążyłam odsunąć łańcuch w drzwiach.
Stały w korytarzu klatki jak dwie strażniczki porządku świata: moja mama, Danuta, w beżowym płaszczu, i teściowa, Krystyna, z torebką przyciśniętą do piersi. W mieszkaniu pachniało zimną herbatą i kurzem, bo od dwóch dni nie miałam siły sprzątać. Od dwóch dni, odkąd Paweł spakował torbę i wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że sąsiadka z dołu zaczęła walić w kaloryfer.
— Wejdźcie — powiedziałam, choć w środku krzyczałam: „Po co?”
Usiadły przy stole w kuchni, tym samym, przy którym kiedyś planowaliśmy z Pawłem wakacje nad Bałtykiem, a potem liczyliśmy raty kredytu i zastanawialiśmy się, czy starczy do pierwszego. Teraz na blacie leżały tylko moje rachunki i jego niedopita kawa sprzed tygodnia.
— Aniu, małżeństwo to nie jest zabawa — zaczęła Krystyna, jak zawsze tonem, który nie znosił sprzeciwu. — Ludzie się schodzą, rozchodzą, a potem co? Dziecko będzie cierpieć.
Zacisnęłam palce na kubku.
— Jakie dziecko, pani Krystyno? — wyrwało mi się. — My nawet nie zdążyliśmy… bo Paweł zawsze miał „za dużo na głowie”.
Mama spojrzała na mnie błagalnie.
— Córeczko, on się pogubił. Ty też. Ale to się da naprawić. Przecież on nie pije, nie bije…
To zdanie uderzyło mnie jak policzek. Jakby poprzeczka dla mojego szczęścia była ustawiona na poziomie: „byle nie było tragedii”.
— Mamo, on mnie nie widzi — powiedziałam cicho. — On mnie używa jak mebla. Jak kogoś, kto ma być i nie przeszkadzać.
Krystyna westchnęła teatralnie.
— Bo ty zawsze byłaś taka… wrażliwa. Paweł pracuje. Facet ma stres. A ty zamiast wspierać, robisz awantury.
Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Awantury. Czy awanturą było to, że prosiłam, żeby wracał o normalnej porze? Żeby nie znikał na „spotkaniach” do północy? Żeby nie chował telefonu pod poduszkę?
— Widziałam wiadomości — powiedziałam w końcu. — Nie muszę już zgadywać.
Mama zamarła.
— Jakie wiadomości? — szepnęła.
— „Tęsknię. Kiedy znów będziemy sami?” — zacytowałam, a głos mi się załamał. — I to nie było do mnie.
Krystyna pobladła, ale po sekundzie jej twarz stwardniała.
— To mogło być głupie żartowanie. W pracy ludzie różnie piszą.
— Mamo… — spojrzałam na Danutę. — Ty też będziesz udawać, że to nic?
Mama zaczęła płakać, jakby to ona została zdradzona.
— Ja tylko nie chcę, żebyś skończyła jak ja — wyszeptała. — Sama. Z rachunkami. Z ludźmi, co gadają.
I wtedy zrozumiałam, że one nie przyszły ratować mnie. One przyszły ratować obraz: „Anka ma męża”, „rodzina się trzyma”, „nie będzie wstydu na osiedlu, w kościele, na imieninach u ciotki Haliny”.
— A ja? — zapytałam, czując, jak łzy spływają mi po policzkach. — Kto uratuje mnie?
Krystyna pochyliła się do przodu.
— Aniu, ty masz obowiązki. Przysięgałaś.
— A on? — podniosłam głos. — On też przysięgał. I co? Mam go błagać, żeby mnie nie ranił?
W kuchni zapadła cisza, ciężka jak mokry płaszcz. Za oknem ktoś odpalał fajerwerki, choć był zwykły wtorek. W mojej głowie dudniło jedno: ile jeszcze razy mam się składać w ofierze, żeby inni czuli się spokojni?
— Daj mu szansę — powiedziała mama, ocierając nos. — Chociaż jedną.
Spojrzałam na ich splecione dłonie na stole — moja mama i moja teściowa, nagle sojuszniczki. A ja między nimi, jak dziecko, które ma być grzeczne.
— Ja mu dawałam szanse latami — odpowiedziałam. — Tylko nikt tego nie widział, bo robiłam to po cichu.
Wstałam i podeszłam do drzwi.
— Dzisiaj nie będę ratować małżeństwa — powiedziałam spokojniej, niż się czułam. — Dzisiaj spróbuję uratować siebie.
Mama spojrzała na mnie tak, jakby pierwszy raz mnie zobaczyła.
A ja wciąż nie wiem, czy mam prawo wybrać własne życie, kiedy wszyscy dookoła każą mi wybierać cudzy spokój.
Czy naprawdę miłość ma smak obowiązku i strachu? A może to ja za długo udawałam, że „jakoś to będzie”?