„Tato, nie bądź obcy” — jak jedna aplikacja postawiła mnie między wstydem a miłością
— Tato, no nie wygłupiaj się jak dziecko! — Jakub aż się zaczerwienił, trzymając telefon tak, jakby to była ostatnia deska ratunku. — Nie namawiam cię do zapisania się do Ministerstwa Głupich Pomysłów, tylko do „Kumpli z ławy”.
A ja stałam w kuchni, z mokrymi rękami od naczyń, i miałam ochotę krzyknąć, bo to nie była kłótnia o aplikację. To była kłótnia o to, czy mój ojciec jeszcze chce mieć kogokolwiek.
— Nic mi nie będziecie wciskać — burknął tata, Jan, i odsunął krzesło. — Ja mam swoje życie.
— Jakie swoje? — Jakub uderzył palcem w blat. — Praca, sklep, telewizor i cisza. I jeszcze udajesz, że tak ma być.
Tata spojrzał na niego twardo.
— A ty myślisz, że ja nie widzę, jak ludzie patrzą? — powiedział ciszej. — „Jan się bawi w internety”. „Jan szuka kolegów, bo mu się nudzi”. Wiesz, co oni mówią.
— Nie obchodzi mnie, co mówią — syknął Jakub. — Obchodzi mnie, że ty przestałeś odbierać telefony. Nawet od wujka Piotra. Nawet od Andrzeja.
Na imię Andrzej padło jak kamień.
Andrzej był jego najlepszym kumplem z ławy. Z technikum. Z wojska. Z wesel. Z tych wszystkich chwil, kiedy mężczyźni w Polsce nie mówią o uczuciach, tylko przynoszą sobie węgiel, pomagają przy aucie i milczą razem, żeby nie było wstyd.
Andrzej przestał przychodzić rok temu. Najpierw rzadziej. Potem wcale. A tata udawał, że to nic.
— Zostawcie to — tata wstał. — Ja nie będę… prosił się.
— To nie jest proszenie się! — Jakub prawie krzyczał. — To jest… normalne. Że masz ludzi.
Tata parsknął.
— Normalne? Normalne jest, że chłop ma rodzinę i robotę. A nie „kolegów z internetu”.
Wtedy wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć.
— A jak mama umierała, to też mówiłeś, że „normalne” jest nie dzwonić po pomoc? — powiedziałam ostro, aż mnie zabolało własne zdanie.
Cisza w kuchni była ciężka. Jakub spuścił wzrok. Tata znieruchomiał.
— Nie mieszaj matki — wycedził.
— Mieszam, bo to o tym samym — odpowiedziałam. — O tym, że wolisz udawać twardego niż być z kimś naprawdę.
Tata przełknął ślinę. Popatrzył na telefon, jakby to był wstydliwy przedmiot z obcego świata.
— Ja nie umiem — powiedział w końcu, tak cicho, że Jakub musiał się pochylić. — Ja nie umiem pisać: „cześć, co słychać”. To brzmi… głupio.
Jakub odetchnął.
— To nie pisz. Nagraj głosówkę — powiedział łagodniej. — Tylko powiedz: „Andrzej, pamiętasz, jak…” Cokolwiek.
Tata zacisnął usta.
— A jak mnie wyśmieje?
— A jak nie? — Jakub podał mu telefon. — Najgorzej już masz. Sam.
Wtedy tata usiadł. Zgarbił się, jakby nagle zrobił się starszy o dziesięć lat. Palec drżał mu nad ikoną.
— Jak to się nazywa? — zapytał.
— „Kumple z ławy”. Tu. — Jakub przybliżył ekran. — Zobacz, tu są chłopaki z twojej szkoły. O, jest też Andrzej.
Tata patrzył długo na zdjęcie profilowe. Zwykłe. Andrzej na działce, z konewką w ręku. W tle krzak róży, taki czerwony, aż nienaturalny.
— On ma kwiaty — mruknął tata, jakby to było odkrycie. — Zawsze się śmiał z moich pelargonii.
— No to mu powiedz — Jakub uśmiechnął się krzywo. — Powiedz: „Andrzej, róże ci lepiej idą niż gadanie”.
Tata prychnął, ale w oczach miał coś mokrego.
— Nie będę się wygłupiał — szepnął.
— Tato, proszę — powiedział Jakub. Pierwszy raz od dawna powiedział to tak, bez złości. — Ja cię nie chcę oglądać, jak znikasz.
I wtedy tata nacisnął „nagraj”.
— Andrzej… — zaczął i zaciął się. — Andrzej, tu Jan. Ja… nie wiem, jak to się robi. Jak się… odzywa po czasie. Ale… pamiętasz ławkę pod salą od polskiego? Tę, co skrzypiała? No. To… chciałem tylko powiedzieć, że mi brakuje. Tego gadania. I… jeśli możesz, to… odezwij się.
Wysłał.
Telefon zawibrował po kilku minutach. Tata podskoczył, jakby go poraziło.
— Co jest? — zapytał.
Jakub spojrzał na ekran i nagle zamilkł.
— Tato… — powiedział.
Tata wyrwał mu telefon. Czytał powoli, sylabizując w myślach.
„Janek. Myślałem, że mnie już nie chcesz znać. Bałem się ci wejść na głowę po tym, jak… po tym wszystkim. Jestem. Dziś po 18 mogę zadzwonić?”
Tata wciągnął powietrze, jakby ktoś mu właśnie zdjął z klatki piersiowej ciężar.
— Po tym wszystkim… — powtórzył. — On też się bał.
— Widzisz? — Jakub wyszeptał. — To nie tylko ty.
Tata otarł policzek szybko, wściekle, jakby to była plama, nie łza.
— Tylko nie mów nikomu — rzucił, odruchowo.
— A co, wstyd ci? — Jakub uniósł brwi.
Tata popatrzył na niego długo. Potem na mnie.
— Nie — powiedział w końcu. — Już nie. Tylko… nie umiem inaczej niż powoli.
Wieczorem, kiedy tata rozmawiał z Andrzejem w pokoju, słyszałam przez drzwi jego śmiech. Taki, którego nie słyszałam od pogrzebu mamy. Jakub siedział na korytarzu i udawał, że przegląda coś w telefonie, ale co chwilę ocierał oczy rękawem.
A ja pomyślałam, jak łatwo w Polsce pomylić dumę z samotnością. I jak trudno powiedzieć na głos: „potrzebuję cię”.
Czy my naprawdę musimy czekać, aż zrobi się pusto, żeby zacząć być dla siebie ludźmi? A wy — umiecie jeszcze zadzwonić do kogoś „po czasie”, czy też udajecie, że obojętność to siła?