„Córeczko” — mówił do mnie kot. A ja byłam jego żoną. Dramat, który zaczął się od żartu
— Nie mów tak do mnie! — syknęłam przez zaciśnięte zęby, bo przy stole zrobiło się nagle za cicho.
— Ale córeczko, no nie denerwuj się — mruknął Bartek i pogłaskał kota pod brodą.
Kot przeciągnął się na krześle jak król, a ja poczułam, jak policzki mi płoną. Wszyscy patrzyli. Ktoś parsknął śmiechem, ale to był taki śmiech, co zostawia po sobie niesmak.
Majówka w Zakopanem. Domek znajomych, grill, muzyka z telefonu, piwo w plastikowych kubkach. Miało być lekko. Miało być normalnie.
— Bartek, przestań, serio — powiedziałam ciszej.
— Oj, Anka, nie spinaj się. On tak mówi do wszystkich — wtrąciła Magda, ale unikała mojego wzroku.
— Do wszystkich? — odbiłam. — To niech do ciebie mówi „żoneczko”, co?
Wtedy Bartek się roześmiał. Za głośno.
— No przecież ty jesteś… — urwał i spojrzał na kota, jakby szukał ratunku. — Dobra, nieważne.
Zrobiło mi się zimno. Nie od pogody. Od tego „nieważne”.
Ktoś wyszedł na taras zapalić. Ktoś zaczął zbierać talerze, jakby nagle było po imprezie. A ja siedziałam sztywno, z rękami na kolanach, i czułam, że coś tu jest grubo nie tak.
— Idziemy na chwilę? — szepnęłam do Bartka.
Na schodach skrzypnęło. W korytarzu pachniało mokrymi kurtkami i czyimś perfumem. Zamknęłam drzwi do małego pokoju.
— Co to było? — zapytałam. — Dlaczego ty mówisz do mnie „córeczko” przy ludziach?
Bartek wzruszył ramionami.
— To taki żart. Wyluzuj.
— Żart? — podniosłam głos. — Oni patrzą na mnie jak na wariatkę. Albo jak na…
— Jak na co? — uciął.
— Jak na dziewczynkę! A ja jestem twoją żoną! — wyrzuciłam z siebie.
I wtedy zobaczyłam, że on blednie. Nie jak ktoś, kto się obraził. Jak ktoś, kto się przestraszył.
— Nie mów tak głośno — powiedział.
— Co?! — prychnęłam. — Mam nie mówić, że jestem twoją żoną?
— Anka… — zaczął, ale zabrakło mu słów. Wziął oddech. — To jest… skomplikowane.
— Nie ma „skomplikowane”. Albo jesteśmy małżeństwem, albo nie jesteśmy.
Bartek usiadł na łóżku, oparł łokcie o kolana. Przez chwilę słyszałam tylko muzykę z salonu i czyjś śmiech, który udawał, że nic się nie dzieje.
— Moja mama… — powiedział w końcu. — Ona myśli, że ty jesteś… moją chrześnicą.
Zatkało mnie.
— Twoją… co?
— Chrześnicą. Żeby… żeby było spokojnie.
— Żeby było spokojnie? — powtórzyłam, jakbym nie rozumiała polskiego.
— Wiesz, jaka ona jest. Wiesz, co mówiła o tobie, jak się poznaliśmy. Że „z miasta”, że „za głośna”, że „na pewno coś kręcisz”. — mówił szybko, jakby recytował. — Potem jak powiedziałem, że się pobraliśmy, zrobiła awanturę. Powiedziała, że ją zabiję, że ojciec się w grobie przewróci. Że wstyd na całą rodzinę.
— I co zrobiłeś? — zapytałam.
— Zrobiłem to, co trzeba było, żeby nie było wojny. — spojrzał na mnie błagalnie. — Tylko na jakiś czas. Potem miało się ułożyć.
— A „córeczko” to też żeby było spokojnie? — wyplułam.
— Ludzie lubią proste historie — powiedział cicho. — Jak przyjeżdżamy na wieś, jak ktoś dzwoni, jak sąsiadka słyszy… to „chrześnica” brzmi lepiej niż „żona, której nie akceptuję”.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie łza. Coś twardszego.
— Czyli ja mam być twoją żoną w papierach, a córką w gębach ludzi? — zapytałam. — Mam się uśmiechać i udawać, że to śmieszne?
— Anka, proszę… — wyciągnął rękę.
Cofnęłam się.
— A kot? — rzuciłam nagle, bo dopiero teraz to do mnie dotarło. — Ten kot. Skąd to „córeczko”?
Bartek przełknął ślinę.
— Mama tak do mnie mówiła. Jak byłem mały. — wyszeptał. — A ja… czasem mi się wyrywa. Przy tobie.
Zrobiło mi się niedobrze. Nie dlatego, że to było „obrzydliwe”. Tylko dlatego, że zobaczyłam w nim chłopca, który całe życie uczył się mówić tak, żeby nikt się nie zdenerwował.
Drzwi się uchyliły. W szparze pojawiła się twarz Magdy.
— Wszystko okej? — zapytała, ale jej oczy mówiły: „Słyszałam”.
— Nie — odpowiedziałam krótko.
Wróciłam do salonu. Cisza była ciężka. Ktoś udawał, że miesza sałatkę. Ktoś scrollował telefon. Kot wskoczył na stół i spojrzał na mnie, jakby to on był jedynym niewinnym w tym domu.
— Anka, chodź, usiądź — powiedział Paweł, za miło.
Usiadłam. Wzięłam kubek do ręki. Drżał.
— Słuchajcie — powiedziałam głośno, zanim zdążyłam się rozmyślić. — Bartek nazywa mnie „córeczką”, bo jego mama myśli, że jestem jego chrześnicą. A ja jestem jego żoną.
Ktoś zaklął pod nosem. Ktoś się zakrztusił. Magda spuściła głowę.
Bartek stał w progu jak skamieniały.
— Czemu to mówisz?! — wyrzucił z siebie.
— Bo mam dosyć bycia czyimś wygodnym kłamstwem — odpowiedziałam.
— Zabijesz mnie — syknął. — Ona mnie zabije.
— Nie, Bartek. — wstałam. — To ty mnie zabijasz. Powoli. Za każdym razem, kiedy wybierasz ich spokój zamiast mnie.
Wzięłam kurtkę. Na zewnątrz pachniało dymem i mokrą ziemią. Pod domem rosły jakieś wiosenne kwiaty, małe, uparte. Pomyślałam, że one nie pytają nikogo o zgodę, żeby rosnąć.
Bartek wybiegł za mną.
— Anka, wróć. Pogadamy. Przeproszę. Obiecuję, że powiem mamie. Tylko nie teraz.
— „Nie teraz” to twoje całe życie — powiedziałam.
— A co z rodziną? — rzucił. — Co z tym wszystkim?
— A co ze mną? — odpowiedziałam. — Kiedy w tej historii ja mam być kimś, a nie rolą?
Odwróciłam się i poszłam w ciemność, w stronę drogi. Telefon zaczął wibrować. Mama.
— Aniu, gdzie ty jesteś? — usłyszałam jej głos, ostry od niepokoju. — Dzwoniła ciocia. Mówią, że jakieś sceny robisz. Co ty wyprawiasz?
— Mamo… — głos mi się złamał. — Ja już nie chcę udawać.
— Nie rób wstydu. — powiedziała szybko. — My tu wszyscy żyjemy obok ludzi. Pomyśl.
Pomyślałam. O sobie. O tym, że w Polsce „co ludzie powiedzą” potrafi być ważniejsze niż czyjeś serce.
Rozłączyłam się.
Do dziś nie wiem, co boli bardziej: że on mnie kochał, czy że wstydził się tej miłości.
A wy… ile razy w życiu byliście czyjąś „córeczką”, żeby komuś innemu było wygodnie? I kiedy w końcu powiedzieliście: dość?