Marek chce, żebym za niego wyszła, ale nie jestem pewna: nie chcę mieszkać z jego matką po pięćdziesiątce
— Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł? — zapytałam Marka, patrząc na niego przez kuchenny stół, na którym stały dwie filiżanki zimnej już kawy. Moje dłonie drżały, choć starałam się to ukryć. W oknie odbijała się moja twarz — zmęczona, z cieniem niepokoju w oczach.
— Aniu, przecież wiesz, że cię kocham. Chcę, żebyśmy byli razem. — Marek mówił spokojnie, ale widziałam, jak nerwowo bawi się obrączką, którą nosił po zmarłej żonie. — Moja mama nie jest taka zła. Po prostu… jest już starsza, potrzebuje pomocy.
Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Przypomniałam sobie, jak dziesięć lat temu wyrzucałam Tomka z mieszkania. Wtedy myślałam, że świat się kończy. Zdradził mnie z dziewczyną, która mogłaby być jego córką. Wyrzuciłam go bez słowa, nie pozwoliłam nawet zabrać wszystkich rzeczy. Przez kilka miesięcy nie mogłam spać, a potem… potem zaczęłam oddychać. Zajęłam się sobą, córką, domem.
Kiedy Kasia wyszła za mąż, jej mąż, Paweł, zamieszkał z nami. Było ciasno, ale czułam się potrzebna. Pomagałam im, gotowałam obiady, opiekowałam się wnuczką, kiedy tylko mogłam. Ale po dwóch latach młodzi się wyprowadzili. Zostałam sama. I wtedy pojawił się Marek.
Poznaliśmy się na kursie tańca. Był wdowcem, miał ciepły uśmiech i ogromne dłonie, które zawsze wydawały mi się bezpieczne. Zaczęliśmy się spotykać. Najpierw nieśmiało, potem coraz częściej. Po roku zaproponował, żebym się do niego wprowadziła. Odmówiłam. Czułam, że nie jestem gotowa. On nie naciskał. Ale teraz… teraz chciał ślubu.
— Marek, ja nie wiem, czy potrafię jeszcze raz zacząć wszystko od nowa. — Mój głos był cichy, niemal szept. — Mam pięćdziesiąt dwa lata. Przez ostatnie lata nauczyłam się żyć sama. Mam swoje przyzwyczajenia, swoje rytuały. A twoja mama… — urwałam, bo nie chciałam być okrutna.
— Moja mama jest schorowana, Aniu. Nie mogę jej zostawić. — Marek spojrzał na mnie z wyrzutem. — Ale przecież możemy być razem. Ty, ja, mama. To nie jest takie trudne.
Wiedziałam, że dla niego to nie jest trudne. On całe życie mieszkał z matką. Nawet po ślubie nie wyprowadził się z rodzinnego domu. Jego żona, Basia, zawsze narzekała, że nie ma własnej przestrzeni. Teraz jej już nie było, a ja miałam zająć jej miejsce.
Pamiętam pierwszą wizytę u pani Zofii. Siedziała w fotelu, owinięta grubym szalem, choć w domu było gorąco. Patrzyła na mnie spod zmarszczonych brwi. — A pani to kto? — zapytała, kiedy Marek przedstawił mnie jako swoją narzeczoną. — Nowa Basia? — dodała z przekąsem.
Zrobiło mi się przykro. Próbowałam być miła, przynosiłam jej ciasta, pomagałam w zakupach. Ale ona zawsze znajdowała powód do narzekań. — Za słodkie. — Za tłuste. — Za mało soli. — Marek tylko wzdychał i mówił, żebym się nie przejmowała. Ale jak się nie przejmować, kiedy codziennie słyszysz, że jesteś nie taka?
Często wracałam do pustego mieszkania i płakałam. Dzwoniłam do Kasi, ale ona miała swoje życie. — Mamo, nie możesz być sama do końca życia — mówiła. — Marek jest w porządku. A jego mama… no cóż, starsi ludzie są trudni.
Ale czy ja naprawdę muszę poświęcać swoje szczęście dla kogoś, kogo nawet nie znam? Czy po pięćdziesiątce nie zasługuję na odrobinę spokoju?
Pewnego wieczoru, kiedy Marek znów zaproponował ślub, wybuchłam. — Nie chcę mieszkać z twoją matką! — krzyknęłam. — Nie chcę być jej służącą, nie chcę słuchać, że wszystko robię źle! Chcę mieć własny dom, własny pokój, własne życie!
Marek zamilkł. Patrzył na mnie długo, w końcu powiedział: — Nie rozumiesz, że ja nie mogę inaczej? Ona nie przeżyje sama. A ja… ja nie chcę cię stracić.
— A ja nie chcę stracić siebie — odpowiedziałam cicho.
Przez kilka dni nie rozmawialiśmy. Czułam się rozdarta. Z jednej strony bałam się samotności. Z drugiej — bałam się utraty siebie. Przypomniałam sobie, jak po rozwodzie wszyscy mówili mi, że życie się nie kończy. Że jeszcze wszystko przede mną. Ale nikt nie mówił, że po pięćdziesiątce trzeba będzie wybierać między miłością a wolnością.
W końcu zadzwoniłam do Marka. — Musimy porozmawiać — powiedziałam. Spotkaliśmy się w parku, na tej samej ławce, na której pierwszy raz mnie pocałował.
— Marek, ja cię kocham. Ale nie mogę zamieszkać z twoją mamą. Nie chcę być drugą Basią. Nie chcę, żebyś musiał wybierać między mną a nią. Ale ja też nie chcę wybierać między tobą a sobą.
Marek milczał. Widziałam, że walczy ze sobą. — Może… może moglibyśmy mieszkać osobno? — zaproponowałam nieśmiało. — Spotykać się, spędzać razem czas, ale każdy miałby swój dom. Przynajmniej na razie.
— To nie jest normalne — powiedział. — Ludzie w twoim wieku chcą być razem.
— A może właśnie w moim wieku mam prawo chcieć czegoś innego? — odpowiedziałam. — Może mam prawo do własnej przestrzeni, do własnych marzeń?
Rozstaliśmy się tego dnia bez decyzji. Marek wrócił do domu, do swojej matki. Ja wróciłam do pustego mieszkania. Ale po raz pierwszy od dawna poczułam spokój. Może nie będę miała już wielkiej miłości. Może zostanę sama. Ale przynajmniej będę sobą.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę trzeba wybierać między miłością a wolnością? Czy po pięćdziesiątce nie zasługuję na własne szczęście, nawet jeśli nie wygląda ono tak, jak wszyscy oczekują? Co wy byście zrobili na moim miejscu?