Mam 62 lata, on 49 — mówił, że mnie kocha, a ja dbałam… aż w końcu wyrzuciłam go za drzwi
„Nie rób scen, Irena. Przecież ja tu mieszkam.”
Stałam w kuchni z mokrymi rękami, a on siedział przy stole i przewijał telefon, jakby właśnie tłumaczył dziecku, że nie dostanie cukierka. Miał 49 lat. Ja 62. I nagle dotarło do mnie, że przez dwa lata udawałam, że ta różnica to tylko liczba, a nie układ sił.
„Mieszkasz, bo ci pozwoliłam” — powiedziałam cicho.
Parsknął.
„No jasne. Królowa domu. Irena, uspokój się. Przesadzasz.”
To słowo — „przesadzasz” — słyszałam już w życiu tyle razy, że aż poczułam smak żelaza w ustach. Jak wtedy, gdy po pierwszym rozwodzie wróciłam do pustego mieszkania i nikt nie zapytał, czy żyję. Jak wtedy, gdy po drugim obiecałam sobie, że już nigdy nie będę nikomu matką, pielęgniarką i bankomatem w jednym.
A jednak… byłam.
Poznałam Marka na targu. Wziął mi siatkę z ziemniakami.
„Niech pani da, ja poniosę” — uśmiechnął się. Taki ciepły. Taki uważny.
Potem było: „Irena, ty jesteś inna.” „Przy tobie czuję spokój.” „Kocham cię.”
A ja? Ja się rozpuściłam jak masło na patelni.
Pierwsze miesiące były jak z filmu. Kwiaty. Wyjazd do Kazimierza. Śmiech. Dotyk dłoni w autobusie. I nagle znów miałam dla kogo nastawiać zupę.
Potem zaczęło się po cichu.
„W pracy teraz ciężko, Irena. Wiesz… wypłata się spóźni.”
„Spoko, kochanie. Dam radę.”
„Mógłbym chwilę u ciebie pomieszkać? Tylko do czasu, aż stanę na nogi.”
„No pewnie.”
I tak wprowadził się „na chwilę”. A ja zaczęłam żyć jego rytmem. Gotowałam pod niego. Prałam jego koszule. Słuchałam jego historii o szefach idiotach i kolegach zdrajcach. W międzyczasie płaciłam za rachunki, robiłam zakupy, kupowałam mu leki, gdy „coś go brało”.
Córka, Ania, mówiła wprost:
„Mamo, on cię wykorzystuje.”
„Nie wtrącaj się, Aniu.”
„Ja się nie wtrącam. Ja się boję.”
Syn, Piotr, tylko zaciskał usta.
„Mamo… ty chcesz znowu tak żyć?”
A ja się wstydziłam. Nie ich. Siebie. Że w tym wieku nadal chcę, żeby ktoś mnie trzymał za rękę.
Na klatce sąsiadka, Teresa, zaczepiała mnie przy skrzynkach.
„Irena, ty masz rozum, a nie widzisz? Taki młody… to on sobie wygodę znalazł.”
„Teresa, daj spokój.”
„Ja ci dobrze życzę.”
W sklepie pani z mięsnym patrzyła na mnie i na niego, jak staliśmy w kolejce.
„O, syn z mamą?”
Marek się śmiał.
„Nie, proszę pani, to moja kobieta.”
A ja udawałam, że nie boli.
Najgorsze przyszło, kiedy zaczęły znikać pieniądze.
Najpierw stówka. Potem dwie. Potem „pożyczyłem, oddam”.
„Marek, gdzie są pieniądze z koperty?” — zapytałam raz.
Wzruszył ramionami.
„A co, liczysz? Nie ufasz mi?”
„To były na leki.”
„Zawsze tylko leki, leki, leki. Ty żyjesz jak staruszka.”
Staruszka.
To powiedział człowiek, który brał ode mnie wszystko.
I wtedy zaczęło się to, co u nas w Polsce tak dobrze znamy: presja, żeby „jakoś to było”.
„Irena, chłop ci jest potrzebny” — powiedziała ciotka Halina przez telefon. — „Co ludzie powiedzą, jak znów zostaniesz sama?”
„A co powiedzą, jak umrę z przemęczenia?” — odburknęłam.
„Nie dramatyzuj.”
Nie dramatyzuj. Zawsze.
Punkt kulminacyjny przyszedł w czwartek. Wracałam z przychodni. W torbie wyniki, recepty, stres. W domu cicho. Za cicho.
W sypialni szuflada z biżuterią była uchylona.
Serce mi stanęło.
„Marek!” — krzyknęłam.
Wyszedł z łazienki w moim szlafroku.
„Co?”
„Gdzie jest mój złoty łańcuszek? Ten po mamie.”
Popatrzył na mnie bez mrugnięcia.
„Oddałem do lombardu.”
Zatkało mnie.
„Co ty zrobiłeś?”
„Irena, nie rób afery. Potrzebowałem. Oddam.”
„To było po mojej mamie.”
„No i co? To tylko rzecz.”
„Tylko rzecz?”
Wtedy pierwszy raz podniósł głos.
„Przestań się zachowywać jak wariatka! Jakbyś była… nie wiem… jakbyś nie rozumiała życia!”
Zrobiło mi się zimno. W jednej sekundzie zobaczyłam siebie sprzed lat. Zmęczoną. Spłakaną. Przepraszającą za cudze winy.
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Ani.
„Przyjedź.”
„Co się stało?”
„Przyjedź, proszę.”
Marek prychnął.
„O, już rodzinę wzywasz? Będziesz mnie kompromitować?”
„Kompromituję się codziennie, Marek. Przed sobą.”
Podszedł bliżej.
„Irena, nie wygłupiaj się. Ja cię kocham. Wiesz, że cię kocham.”
„Nie. Ty kochasz mój dom. Moją lodówkę. Moje konto. Moje pranie.”
Zamilkł. A potem powiedział to, co mnie ostatecznie obudziło:
„Bez mnie i tak nikt cię nie zechce.”
Jakby uderzył mnie w twarz.
„Wynoś się” — usłyszałam własny głos.
„Słucham?”
„Wynoś się. Teraz.”
„Nie masz prawa.”
„Mam. To moje mieszkanie.”
Zaczął nerwowo chodzić.
„Dobra, dobra… zrobisz scenę, to zobaczysz, jak cię ludzie obgadają.”
„Niech obgadują.”
Wtedy weszła Ania. Za nią Piotr.
Ania spojrzała na Marka.
„Pakuj się.”
Piotr stanął w drzwiach jak ściana.
Marek próbował jeszcze:
„Irena, powiedz im, że przesadzają.”
Popatrzyłam na dzieci. Na ich napięte twarze. Na to, ile już razy udawały, że wszystko jest okej, żeby mnie nie zranić.
„Nie przesadzają” — powiedziałam. — „Ja za długo udawałam.”
Pakował się w ciszy. Rzucał rzeczy do torby. Na koniec odwrócił się w progu.
„Pożałujesz.”
„Może” — odpowiedziałam. — „Ale pierwszy raz pożałuję czegoś, co zrobiłam dla siebie.”
Kiedy drzwi się zamknęły, ręce zaczęły mi drżeć. Usiadłam na podłodze w przedpokoju, jakbym nagle nie umiała stać.
Ania uklękła obok.
„Mamo… przepraszam, że cię nie zatrzymałam wcześniej.”
„Nie przepraszaj” — wyszeptałam. — „Ja sama musiałam dojrzeć.”
Następnego dnia poszłam do lombardu. Odkupiłam łańcuszek. Drogo. Bardziej bolało, że musiałam go „odkupić” drugi raz w życiu.
Wieczorem Teresa z klatki zapukała.
„Irena… słyszałam.”
„No.”
„I dobrze.”
Tylko tyle. I aż tyle.
Teraz jest ciszej. Czasem ta cisza kłuje. Czasem jest jak plaster.
Najtrudniej przełknąć jedno: że w Polsce kobieta w moim wieku ma być wdzięczna za byle cień uwagi. Że ma „trzymać chłopa”, bo tak wypada. Że samotność jest gorsza niż upokorzenie.
A ja już nie chcę „wypadać”. Chcę oddychać.
Powiedzcie mi… ile jeszcze razy mamy udowadniać światu, że zasługujemy na szacunek, a nie na resztki?
Czy odwaga zawsze musi boleć, żeby była prawdziwa?