Pod jednym dachem: Historia samotnej matki z Krakowa
— Marta, nie dam już rady. — Głos Pawła drżał, a ja czułam, jak serce rozbija mi się na kawałki. Stał w progu, z walizką w ręku, a dzieci spały w pokoju obok, nieświadome, że ich świat właśnie się rozpada. — Przepraszam, ale muszę odejść.
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. W głowie miałam tylko jedno: co teraz? Kiedy drzwi się zamknęły, osunęłam się na podłogę, a łzy płynęły bez końca. Przez kolejne dni funkcjonowałam jak automat. Zosia, moja sześcioletnia córeczka, pytała: — Mamo, gdzie tata? — a ja nie potrafiłam znaleźć słów. Kuba, młodszy o dwa lata, tulił się do mnie, jakby wyczuwał, że coś jest nie tak.
Zaczęły się telefony z banku, listy z wezwaniami do zapłaty. Paweł zostawił nas nie tylko bez siebie, ale i z długami, o których nie miałam pojęcia. Próbowałam znaleźć pracę, ale z dwójką małych dzieci i brakiem doświadczenia nie było łatwo. Sąsiadki szeptały za moimi plecami: — Widzisz, Marta została sama. Pewnie coś przeskrobała. — Czułam ich wzrok na sobie, gdy szłam z dziećmi do sklepu, a w portfelu miałam tylko kilka złotych.
Pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam płakać. — Boże, dlaczego ja? — pytałam w pustkę. Wtedy przypomniałam sobie, jak piekłam z mamą ciasta na święta. To były jedyne chwile, kiedy czułam się naprawdę szczęśliwa. Postanowiłam spróbować — upiekłam szarlotkę i zaniosłam ją do lokalnej kawiarni. Właścicielka, pani Basia, spróbowała i powiedziała: — Marta, masz talent. Może spróbujesz piec dla nas?
Zaczęłam piec nocami, kiedy dzieci spały. Rano odprowadzałam je do przedszkola, a potem biegłam z blachami ciast przez pół miasta. Byłam zmęczona, ale pierwszy raz od dawna czułam, że mam cel. Z czasem zamówień było coraz więcej. Zosia pomagała mi mieszać składniki, a Kuba z dumą mówił w przedszkolu: — Moja mama piecze najlepsze ciasta na świecie!
Nie było łatwo. Zdarzało się, że nie miałam na prąd, a dzieci jadły tylko chleb z masłem. Kiedyś Zosia zapytała: — Mamo, dlaczego nie mamy nowych butów? — Zrobiło mi się wstyd, ale przytuliłam ją mocno i obiecałam, że kiedyś wszystko się zmieni.
Najgorsze były święta. Wszyscy wokół śmiali się i składali sobie życzenia, a ja czułam się samotna jak nigdy. Paweł nie dzwonił, nie interesował się dziećmi. Z czasem przestałam na niego czekać. Skupiłam się na tym, co mogłam zrobić dla siebie i dla moich dzieci.
Po dwóch latach ciężkiej pracy udało mi się wynająć mały lokal na obrzeżach Krakowa. Nazwałam go „Słodkie Chwile”. Pierwszego dnia przyszła tylko jedna klientka, ale zostawiła mi napiwek i powiedziała: — Pani ciasto smakuje jak u mojej babci. — To był dla mnie znak, że idę w dobrą stronę.
Z czasem zaczęli przychodzić stali klienci. Pani Basia polecała mnie wszystkim znajomym, a sąsiadki, które kiedyś plotkowały, teraz przychodziły po sernik na rodzinne uroczystości. Dzieci pomagały mi w cukierni, a ja patrzyłam na nie z dumą. Zosia zaczęła marzyć, że kiedyś przejmie po mnie interes, a Kuba chciał być cukiernikiem jak mama.
Nie obyło się bez trudnych chwil. Raz ktoś włamał się do cukierni i ukradł cały utarg. Innym razem zachorowałam i przez tydzień nie mogłam pracować. Wtedy pomogła mi sąsiadka, pani Jadzia, która przyniosła zupę i zaopiekowała się dziećmi. Zrozumiałam, że nie jestem sama, choć tak długo czułam się opuszczona.
Po kilku latach zaczęłam prowadzić warsztaty dla innych kobiet, które znalazły się w podobnej sytuacji. Opowiadałam im swoją historię, pokazywałam, jak piec ciasta i jak nie poddawać się, nawet gdy wszystko wydaje się stracone. Dostałam zaproszenie do lokalnego radia, gdzie opowiedziałam o swojej drodze. Po audycji dostałam dziesiątki wiadomości od kobiet, które dziękowały mi za odwagę.
Dziś, kiedy patrzę na moje dzieci, wiem, że było warto. Zosia zdała maturę z wyróżnieniem, a Kuba pomaga mi w cukierni. Czasem, gdy zamykam lokal wieczorem, siadam przy stole i myślę o tej nocy, kiedy Paweł odszedł. Czy gdyby został, byłabym dziś szczęśliwa? Czy musiałam przejść przez tyle bólu, by odnaleźć siebie?
Może życie nie zawsze układa się tak, jak chcemy, ale czy nie jest ważniejsze to, kim się stajemy po drodze? Jak myślicie — czy warto walczyć o siebie, nawet gdy cały świat wydaje się być przeciwko nam?