Przyjaźń na zawsze: Historia Arka i Kuby

– Kuba, musisz przyjechać. To ważne – głos Arka drżał, jakby walczył z łzami. Stałem w korytarzu biura, wciąż słysząc za drzwiami szmer rozmów moich współpracowników. Przez chwilę zawahałem się, czy wrócić do gabinetu, czy jednak posłuchać tego głosu z przeszłości.

Arek i ja byliśmy nierozłączni od podstawówki. Razem graliśmy w piłkę na podwórku w Nowej Hucie, razem dostawaliśmy pierwsze pały z matmy, razem przeżywaliśmy pierwsze miłości i pierwsze rozczarowania. Potem nasze drogi się rozeszły – ja wyjechałem na studia do Warszawy, on został w Krakowie, pracował w warsztacie ojca. Ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie jego matki, pięć lat temu. Od tamtej pory kontaktowaliśmy się rzadko, głównie przez Facebooka, czasem krótkie życzenia na święta.

– Co się stało? – zapytałem, czując, jak serce bije mi szybciej.

– To nie rozmowa na telefon. Przyjedź, proszę. Dzisiaj. – Rozłączył się, zanim zdążyłem odpowiedzieć.

Nie mogłem się skupić. Wyszedłem z biura, zostawiając wszystko za sobą. W drodze do Krakowa myślałem o tym, co mogło się wydarzyć. Przypominałem sobie nasze dzieciństwo, te wszystkie chwile, kiedy Arek był dla mnie jak brat. Czy coś się stało jego żonie? Dzieciom? A może jemu samemu?

Kiedy dotarłem pod jego blok, poczułem się, jakbym cofnął się w czasie. Te same obdrapane klatki schodowe, ten sam zapach gotowanej kapusty, który zawsze unosił się w powietrzu. Arek czekał na mnie pod drzwiami. Wyglądał na starszego, niż go zapamiętałem – zmęczone oczy, siwe pasma we włosach.

– Dzięki, że przyjechałeś – powiedział cicho, zapraszając mnie do środka.

W mieszkaniu panował bałagan. Na stole leżały nieotwarte listy, na podłodze zabawki jego córki, a w powietrzu unosił się zapach papierosów. Usiadłem na kanapie, a Arek nalał nam po kieliszku wódki.

– Co się dzieje, stary? – zapytałem, patrząc mu prosto w oczy.

Arek przez chwilę milczał, bawiąc się szklanką. W końcu westchnął ciężko.

– Straciłem pracę. Warsztat splajtował. Ojciec jest w szpitalu, a ja… nie mam za co żyć. Magda grozi, że odejdzie, jeśli czegoś nie wymyślę. – Głos mu się załamał. – Kuba, ja nie wiem, co robić.

Poczułem, jak ściska mnie w gardle. Przypomniałem sobie, jak kiedyś to ja byłem w dołku, a Arek wyciągnął mnie z bagna. Teraz role się odwróciły.

– Pomogę ci. Zawsze możesz na mnie liczyć – powiedziałem, choć sam nie wiedziałem, jak miałbym to zrobić.

Arek spojrzał na mnie z wdzięcznością, ale i z jakimś cieniem w oczach. – Jest jeszcze coś… – zawahał się. – Potrzebuję pieniędzy. Dużo pieniędzy. Wpakowałem się w długi. U lichwiarza. Jeśli nie oddam do końca tygodnia, nie wiem, co się stanie.

Zamarłem. Wiedziałem, jak wygląda życie na osiedlu. Wiedziałem, do czego są zdolni tacy ludzie.

– Ile? – zapytałem, choć już czułem, że to będzie więcej, niż mogę sobie pozwolić.

– Piętnaście tysięcy. – Arek spuścił wzrok.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. W głowie miałem mętlik. Z jednej strony chciałem mu pomóc, z drugiej – sam miałem kredyt na mieszkanie, dzieci, żonę, która już i tak miała mi za złe, że za dużo czasu spędzam w pracy.

– Spróbuję coś wymyślić – powiedziałem w końcu. – Ale musisz mi obiecać, że to ostatni raz. Że się ogarniesz.

Arek skinął głową, ale nie patrzył mi w oczy.

Wróciłem do Warszawy z ciężkim sercem. Przez kolejne dni próbowałem zebrać pieniądze – pożyczyłem od znajomych, sprzedałem stary rower, nawet zastawiłem zegarek po dziadku. Udało mi się zebrać prawie całą sumę. Wysłałem Arka do banku po resztę.

Kilka dni później zadzwonił do mnie znowu. – Dzięki, Kuba. Uratowałeś mi życie. – W jego głosie słychać było ulgę, ale i coś jeszcze – jakby cień wstydu.

Myślałem, że to koniec. Że Arek się ogarnie, znajdzie pracę, wszystko wróci do normy. Ale kilka tygodni później zadzwoniła do mnie Magda, jego żona.

– Kuba, Arek zniknął. Nie wrócił do domu od dwóch dni. Nie odbiera telefonu. Boję się, że coś mu się stało.

Serce mi zamarło. Pojechałem do Krakowa, szukałem go po całym mieście. W końcu znalazłem go w starym barze na Kazimierzu, pijanego, z podbitym okiem.

– Po co przyszedłeś? – burknął, kiedy usiadłem obok niego.

– Bo jesteś moim przyjacielem. I nie pozwolę ci się stoczyć.

Arek spojrzał na mnie z goryczą. – Ty nic nie rozumiesz. Ty zawsze miałeś łatwiej. Studia, dobra praca, rodzina. Ja całe życie muszę walczyć o każdy grosz. – W jego oczach pojawiły się łzy. – Przepraszam, że cię w to wciągnąłem.

– To nie tak, Arek. Każdy z nas ma swoje problemy. Ale nie możesz się poddać. Masz Magdę, masz córkę. One cię potrzebują.

Arek spuścił głowę. – Nie wiem, czy potrafię jeszcze coś zmienić.

Zabrałem go do domu. Przez kolejne tygodnie pomagałem mu szukać pracy, załatwiłem mu rozmowę w firmie mojego znajomego. Powoli zaczynał wychodzić na prostą. Magda wybaczyła mu, córka znowu zaczęła się do niego przytulać.

Ale ja… ja zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę zrobiłem dobrze. Moja żona była wściekła, że poświęcam tyle czasu Arka, że ryzykuję nasze pieniądze. – Kuba, a co jeśli on znowu cię wciągnie w jakieś kłopoty? – pytała wieczorami, kiedy wracałem późno do domu.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wiedziałem tylko jedno – przyjaźń to nie jest coś, co można wyłączyć jak światło. To zobowiązanie. Nawet jeśli czasem boli.

Kilka miesięcy później Arek zadzwonił do mnie z dobrą wiadomością – dostał stałą pracę, Magda jest w ciąży, wszystko zaczyna się układać. – Dzięki, Kuba. Bez ciebie bym nie dał rady.

Ale ja wciąż czułem ciężar tej historii. Czy naprawdę można być przyjacielem na zawsze? Czy czasem nie trzeba postawić granicy, żeby nie stracić samego siebie?

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: ile jesteśmy w stanie poświęcić dla tych, których kochamy? I czy naprawdę przyjaźń jest warta każdej ceny? Co wy o tym myślicie?