„Nie przyjdziecie na mój ślub”. Dziadek Jan po śmierci babci Marii poślubił sąsiadkę i odciął nas wszystkich
„Nie mów mi, co wypada po śmierci twojej babci” — powiedział dziadek Jan, a jego głos drżał tak, jak nigdy wcześniej. Stałam przy stole, obok moja mama Ewa ściskała w dłoni chusteczkę, a wujek Piotr już miał na ustach te swoje ostre słowa. Dziadek nie usiadł nawet. Stał w płaszczu, jakby przyszedł tylko po to, żeby nas uciąć jednym zdaniem.
Babcia Maria zmarła zimą. Cicho. Po czterdziestu latach małżeństwa. Pamiętam jej ręce pachnące mydłem i koprem, pamiętam, jak dziadek nosił jej herbatę do łóżka i mówił: „Marysiu, jeszcze będzie dobrze”. A potem nie było.
Po pogrzebie wszyscy kręciliśmy się wokół dziadka. „Tato, przyjedź do nas” — prosiła Ewa. „Dziadku, nie siedź sam” — mówiłam ja. On kiwał głową, ale zostawał w swoim domu. Uparty. Dumny. Jak zawsze.
I wtedy pojawiła się Krystyna.
Sąsiadka zza płotu. Zawsze była „ta miła pani”, co pożyczała cukier i pytała, czy pomóc. Na pogrzebie stała z boku. Potem zaczęła przychodzić częściej. Zupa. Zakupy. „Janku, zjedz coś”. Najpierw byliśmy wdzięczni. Potem zaczęliśmy szeptać.
„Za szybko się kręci” — syknęła ciotka Halina na rodzinnej kawie. „To poluje na dom”.
Mama uciszała: „Dajcie spokój, on ma prawo do pomocy”.
Ale presja szła z każdej strony. Od rodziny. Od sąsiadów. Nawet z kościoła, gdzie po mszy ktoś rzucił do mnie: „Niezręcznie to wygląda, dziecko. Taka świeża żałoba”.
Dziadek milczał. Aż do dnia, kiedy Ewa pojechała do niego z rosołem i zobaczyła na stole kartkę z urzędu.
„Co to jest?” — zapytała.
„Zapowiedzi” — odpowiedział spokojnie.
Mama zbladła. „Tato… ty… ty się żenisz?”
„Tak” — powiedział i nie spuścił wzroku.
Wtedy zaczęło się nasze rodzinne piekło.
Piotr przyjechał wieczorem, wpadł do domu jak burza. „Zwariowałeś? Mama jeszcze ciepła w ziemi!”
Dziadek uderzył dłonią w blat. Raz. Mocno. „Nie waż się mówić o Marii w taki sposób.”
„To jak mam mówić?!” — krzyczał Piotr. „Wszyscy się śmieją. Ludzie gadają. Wstyd!”
„Wstyd to jest to, że mój własny syn bardziej boi się gadania niż mojej samotności” — odparł dziadek.
Krystyna stała w drzwiach, blada, z rękami splecionymi jak do modlitwy. „Janku, ja nie chcę kłótni” — szepnęła.
„To nie ty” — odburknął Piotr. „To on. On nie myśli.”
Dziadek wtedy powiedział coś, co do dziś słyszę w nocy.
„Myślę pierwszy raz od śmierci Marii, że jeszcze żyję.”
I zrobiło się cicho. Tak cicho, że słychać było zegar.
Następnego dnia rozeszło się po wsi szybciej niż dym z komina. „Jan bierze Krystynę”. „Taka miłość na starość”. „Pewnie mu ktoś namieszał”. „A dzieci? A wnuki?”
I my też zaczęliśmy grać w tę grę. W wypada i nie wypada. W co ludzie powiedzą. W żałobę odmierzaną kalendarzem.
„Nie pójdę na ten ślub” — powiedziała Halina. „Nie będę firmować.”
Mama płakała po kątach, ale do dziadka mówiła twardo: „Tato, poczekaj. Daj nam czas. To za szybko.”
Ja pojechałam do niego sama. Usiadłam naprzeciwko, przy tym samym stole, przy którym babcia lepiła pierogi.
„Dziadku… ty ją kochasz?” — zapytałam wprost.
Popatrzył na mnie długo. „Nie wiem, czy to jest taka miłość jak z Marią. Ale wiem, że jak Krystyna nalewa mi herbatę, to nie boli mnie tak bardzo.”
„A my?”
„Wy przyjeżdżacie na godzinę. Potem wracacie do swoich spraw. A ja zostaję tu z ciszą.”
Chciałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów. Bo to była prawda.
Ślub był mały. Urząd. Dwie osoby z sąsiedztwa jako świadkowie. Nie było nas.
Dwa dni później dziadek zadzwonił do mamy.
„Tato?” — odebrała Ewa, już z nadzieją w głosie.
„Nie przyjeżdżajcie” — powiedział. Krótko. Bez wstępu.
„Co?”
„Nie chcę kazań. Nie chcę patrzeć, jak się krzywicie. Wam chodzi o Marię, ale w złym sensie. Jakby była pałką do bicia mnie po głowie.”
„Tato, my się boimy…”
„Czego? Że ludzie coś powiedzą?”
Mama zamilkła.
„Właśnie.”
I rozłączył się.
Potem przestał odbierać. Najpierw od Piotra. Potem od Ewy. Potem ode mnie. Wysyłałam wiadomości: „Dziadku, przepraszam”. „Chcę pogadać”. „Przyjadę na herbatę”. Cisza.
W święta pojechaliśmy pod jego dom. Stałam przy furtce jak dziecko, które przyszło po przebaczenie. W oknie mignęła zasłona. Ktoś stał. Patrzył. Nie otworzył.
Piotr warknął: „Widzisz? Ona go nastawiła.”
A ja pierwszy raz pomyślałam, że może nie ona. Może my.
Bo my chcieliśmy dziadka jako pomnika. Jako strażnika tradycji. Jako wdowca w czerni, który ma cierpieć „ładnie”. A on był człowiekiem. Z krwi. Z lęku. Z samotności.
Dziś mijam ich czasem w sklepie. Jan idzie wolno, Krystyna trzyma go pod ramię. On nie patrzy w moją stronę. Jakby mnie nie znał. Jakby wyrwał nas z siebie, żeby wreszcie móc oddychać.
I ja zostaję z jednym pytaniem, które boli jak drzazga: czy naprawdę kochaliśmy dziadka, czy tylko rolę, jaką miał grać przed ludźmi?
Może jeszcze da się naprawić to, co pękło… tylko czy on w ogóle będzie chciał nas z powrotem?