Przez osiem lat opiekowałam się ojcem mojej synowej. Nikt nigdy mi nie podziękował.

— Pani Zofio, proszę, niech pani nie zostawia mnie samego — usłyszałam cichy, drżący głos pana Henryka, kiedy próbowałam wyjść choć na chwilę do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę. Zatrzymałam się w progu, z kubkiem w dłoni, czując, jak narasta we mnie zmęczenie i frustracja. Osiem lat. Osiem długich lat, podczas których moje życie podporządkowałam opiece nad ojcem mojej synowej, człowiekiem, którego wcześniej widywałam tylko od święta, na rodzinnych uroczystościach. Teraz był dla mnie codziennością — jego potrzeby, jego lęki, jego choroba.

Pamiętam, jak wszystko się zaczęło. Syn, Tomek, zadzwonił do mnie późnym wieczorem. — Mamo, musimy pogadać. Tata Agnieszki miał udar. Lekarze mówią, że nie wróci już do pełnej sprawności. Agnieszka jest załamana, nie wie, co robić. — Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta rozmowa zmieni całe moje życie. — Może mógłby zamieszkać u ciebie na jakiś czas? — spytał nieśmiało. — Wiesz, my mamy małe dzieci, Agnieszka pracuje, ja też… — Słuchałam, jak tłumaczy, jak próbuje mnie przekonać, choć przecież wiedział, że nie odmówię. Zawsze byłam tą, na którą można liczyć. Tą, która nie zostawi nikogo w potrzebie.

Pierwsze tygodnie były najtrudniejsze. Pan Henryk był zagubiony, zdezorientowany, czasem agresywny. Potrafił krzyczeć, że chce do domu, że nie jestem jego rodziną, że nie mam prawa go dotykać. — Proszę się odsunąć! — wrzeszczał, kiedy próbowałam go przebrać. — Gdzie jest Agnieszka? Chcę do córki! — tłumaczyłam mu cierpliwie, że Agnieszka pracuje, że przyjdzie po południu, ale on nie słuchał. Czułam się jak intruz we własnym domu. Ale nie poddałam się. Z czasem nauczyłam się jego rytmu dnia, jego upodobań, tego, jak rozmawiać, żeby go nie denerwować. Zaczęłam traktować go jak członka rodziny, choć w głębi duszy wciąż był dla mnie obcy.

Agnieszka przychodziła rzadko. Zawsze w biegu, zawsze z telefonem przy uchu. — Przepraszam, mamo, mam tyle pracy, dzieci chore, Tomek w delegacji… — tłumaczyła się, całując mnie w policzek. — Jak tata? — pytała, ale nie czekała na odpowiedź. Zostawiała torbę z zakupami, czasem jakieś ciasto, i znikała. Czułam się jak opiekunka, nie jak teściowa. Jak ktoś, kto wykonuje czyjąś brudną robotę.

Z Tomkiem widywałam się jeszcze rzadziej. Dzwonił, pytał, czy wszystko w porządku, ale nigdy nie zapytał, jak ja się czuję. — Dasz radę, mamo, jesteś silna — powtarzał. Czasem miałam ochotę krzyknąć: „Nie jestem robotem! Też mam swoje granice!” Ale milczałam. Zawsze milczałam.

Najgorsze były noce. Pan Henryk często nie spał, wołał mnie, płakał. — Zofio, boję się, że umrę — szeptał, ściskając mnie za rękę. — Nie umrze pan, panie Henryku, jestem tutaj — odpowiadałam, choć sama byłam wykończona. Rano wstawałam z bólem pleców, z opuchniętymi oczami, ale nikt tego nie widział. Dla wszystkich byłam po prostu Zofią, która „da sobie radę”.

Czasem przychodziła sąsiadka, pani Basia. — Zosiu, podziwiam cię, ja bym nie dała rady. — Uśmiechała się współczująco, ale jej słowa nie przynosiły ulgi. Potrzebowałam wsparcia od własnej rodziny, nie od obcych ludzi.

Po kilku latach opieki zaczęłam zauważać, że coraz mniej mam siły. Moje zdrowie się pogarszało, bolały mnie stawy, miałam problemy z sercem. Lekarz powiedział, żebym więcej odpoczywała. Zaśmiałam się gorzko. — A kto się wtedy zajmie panem Henrykiem? — spytałam. Lekarz wzruszył ramionami. — Może rodzina pomoże? — Nie wiedział, że rodzina już dawno przestała mnie widzieć.

Pewnego dnia, kiedy Agnieszka przyszła z dziećmi, usłyszałam, jak rozmawia przez telefon. — Tak, tata jeszcze żyje, Zofia się nim zajmuje. Tak, wiem, że długo… — Jej ton był obojętny, jakby mówiła o kimś zupełnie obcym. Poczułam ukłucie w sercu. Czy naprawdę byłam dla niej tylko „Zofią”, nie teściową, nie kobietą, która poświęciła osiem lat swojego życia dla jej ojca?

Najbardziej bolało mnie to, że nikt nigdy nie powiedział mi „dziękuję”. Ani razu. Ani Agnieszka, ani Tomek, ani nawet pan Henryk. Czasem miałam wrażenie, że jestem przezroczysta, że moje poświęcenie jest oczywiste, że nie zasługuje na uznanie. Kiedyś, podczas rodzinnego obiadu, usłyszałam, jak Agnieszka mówi do dzieci: — Babcia jest dzielna, prawda? — Ale to było skierowane do nich, nie do mnie. Jakby mówiła o kimś, kto już nie słyszy.

Były dni, kiedy miałam ochotę wszystko rzucić. Spakować walizkę, wyjechać gdzieś daleko, zostawić to wszystko za sobą. Ale nie potrafiłam. Może dlatego, że tak mnie wychowano — żeby być dla innych, żeby nie zostawiać nikogo w potrzebie. Może dlatego, że w głębi duszy wciąż wierzyłam, że ktoś w końcu mnie doceni.

Pan Henryk zmarł w zeszłym miesiącu. Pogrzeb był skromny, przyszło niewiele osób. Agnieszka płakała, Tomek stał z boku, milczący. Po wszystkim wróciliśmy do mojego pustego już mieszkania. — Dziękujemy, mamo, za wszystko, co zrobiłaś — powiedział Tomek, ale jego głos był pusty, jakby wypowiadał wyuczoną formułkę. Agnieszka przytuliła mnie, ale czułam, że to tylko gest, nie prawdziwe uczucie.

Teraz siedzę sama w kuchni, patrzę na puste łóżko w pokoju obok i zastanawiam się, czy było warto. Czy moje poświęcenie coś zmieniło? Czy ktoś kiedyś naprawdę mnie doceni? Czy w dzisiejszych czasach dobroć i oddanie mają jeszcze jakąkolwiek wartość? Może powinnam była myśleć więcej o sobie, a mniej o innych? Co wy o tym sądzicie? Czy warto być dobrym, jeśli nikt tego nie widzi?