Nasz syn już nie przychodzi: Gdy miłość do dziecka boli bardziej niż samotność

– Michał, dlaczego nie przyjdziesz na obiad w niedzielę? – zapytałam cicho przez telefon, starając się, by mój głos nie drżał. Po drugiej stronie słyszałam tylko krótkie westchnienie. – Mamo, wiesz, że mamy dużo spraw. Kasia nie czuje się najlepiej, a ja… no, po prostu nie damy rady.

Zamilkłam. Znowu to samo. Odkąd Michał się ożenił, wszystko się zmieniło. Kiedyś był moim oczkiem w głowie, moim powiernikiem, synem, z którym mogłam rozmawiać godzinami. Teraz miałam wrażenie, że jestem dla niego tylko obowiązkiem, który najlepiej byłoby zepchnąć na dalszy plan.

Pamiętam, jak pierwszy raz przyprowadził Kasię do domu. Była cicha, uprzejma, ale w jej oczach widziałam rezerwę. Starałam się być miła, zaproponowałam herbatę, upiekłam szarlotkę, którą Michał zawsze lubił. Ale ona tylko delikatnie podziękowała i przez cały wieczór patrzyła na zegarek. Michał był spięty, jakby bał się, że powiem coś nie tak.

Z czasem zaczęłam zauważać, że coraz rzadziej do nas przychodzą. Najpierw były to wymówki – praca, zmęczenie, wyjazdy. Potem już nawet nie dzwonili. Zostawałam sama w dużym, cichym mieszkaniu, w którym każdy kąt przypominał mi o dzieciństwie Michała. Jego pokój wciąż wyglądał tak samo – plakaty na ścianach, książki na półkach, stare zdjęcia. Czasem wchodziłam tam, siadałam na łóżku i płakałam.

Mój mąż, Andrzej, próbował mnie pocieszać. – Daj im czas, Maria. Młodzi mają swoje życie. Nie możesz oczekiwać, że wszystko będzie jak dawniej. – Ale ja nie chciałam, żeby było jak dawniej. Chciałam tylko, żeby Michał pamiętał, że ma matkę, która go kocha.

Pewnego dnia postanowiłam zadzwonić do Kasi. Chciałam zaprosić ich na obiad, spróbować jeszcze raz. – Kasiu, może wpadniecie w niedzielę? Upiekę wasze ulubione ciasto. – usłyszałam ciszę, a potem jej chłodny głos: – Maria, naprawdę mamy dużo na głowie. Michał pracuje, ja też. Może innym razem.

Po tej rozmowie poczułam się, jakby ktoś zamknął przede mną drzwi. Zaczęłam się zastanawiać, co zrobiłam źle. Czy byłam zbyt nachalna? Czy może za bardzo się wtrącałam? Przypominałam sobie wszystkie nasze rozmowy, każde słowo, każdy gest. Szukałam winy w sobie.

Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Wspominałam, jak Michał był mały, jak biegał po podwórku, jak przychodził do mnie z każdym problemem. Teraz miał własną rodzinę, a ja czułam się jak intruz.

Pewnego dnia spotkałam sąsiadkę, panią Zofię. – Maria, nie martw się. Mój Tomek też rzadko dzwoni. Takie czasy. – Ale ja nie chciałam się z tym pogodzić. Nie chciałam być tylko wspomnieniem dla własnego dziecka.

Zbliżały się święta. Postanowiłam napisać do Michała list. Wzięłam kartkę i zaczęłam pisać: „Synku, tęsknię za tobą. Chciałabym, żebyśmy znów byli blisko. Wiem, że masz swoje życie, ale ja wciąż jestem twoją mamą. Proszę, nie zapominaj o mnie.”

Nie dostałam odpowiedzi. Przez całe święta siedziałam przy stole z Andrzejem, patrząc na puste miejsce, które zawsze było dla Michała. Cisza była nie do zniesienia.

Po Nowym Roku postanowiłam pojechać do nich bez zapowiedzi. Kupiłam ciasto, wsiadłam w autobus i pojechałam na drugi koniec miasta. Kiedy otworzyła mi Kasia, zobaczyłam w jej oczach zaskoczenie i niechęć. – Maria, mogłaś zadzwonić… – powiedziała chłodno. Michał stał za nią, wyraźnie zmieszany. – Mamo, teraz nie bardzo… mamy gości.

Stałam w progu, trzymając ciasto, czując się jak nieproszony gość. – Chciałam tylko zobaczyć, jak się macie… – wyszeptałam. – Może innym razem, dobrze? – odpowiedziała Kasia, zamykając drzwi.

Wracałam do domu z ciężkim sercem. W autobusie łzy same płynęły mi po policzkach. Czułam się odrzucona, niepotrzebna. Zaczęłam unikać ludzi, nie odbierałam telefonów, nie wychodziłam z domu. Andrzej próbował mnie pocieszać, ale widziałam, że jemu też jest ciężko.

Któregoś dnia zadzwonił Michał. – Mamo, przepraszam, że tak wyszło. Kasia… ona nie lubi, gdy ktoś wpada bez zapowiedzi. Mamy swoje sprawy, rozumiesz? – Nie rozumiałam. Czy naprawdę tak trudno znaleźć chwilę dla matki? Czy miłość do żony musi oznaczać odcięcie się od rodziny?

Zaczęłam chodzić do psychologa. Chciałam zrozumieć, jak pogodzić się z samotnością, jak żyć, gdy dziecko odchodzi. Usłyszałam, że muszę nauczyć się żyć dla siebie, znaleźć nowe pasje, nie oczekiwać zbyt wiele. Ale jak mam nie oczekiwać, skoro całe życie poświęciłam Michałowi?

Czasem myślę, że może to ja jestem winna. Może za bardzo go kochałam, za bardzo chciałam być obecna w jego życiu. Może powinnam była wcześniej odpuścić, pozwolić mu dorosnąć, odejść. Ale czy matka potrafi przestać kochać swoje dziecko?

Dziś siedzę przy oknie, patrzę na światła miasta i zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś usłyszę dźwięk klucza w drzwiach, śmiech Michała w przedpokoju. Czy jeszcze kiedyś będziemy rodziną, czy już zawsze będę tylko wspomnieniem z dzieciństwa?

Czy naprawdę można kochać za bardzo? Czy jest jeszcze nadzieja, że mój syn wróci do mnie, zanim będzie za późno?