Czy szczęście to tylko złudzenie? Historia Ireny Nowak

— Irena, znowu wracasz tak późno? — głos sąsiadki, pani Zawadzkiej, odbił się echem po klatce schodowej. Zatrzymałam się na chwilę, czując, jak jej spojrzenie przeszywa mnie na wylot. W dłoniach ściskałam torbę z zakupami, a w sercu czułam znajome ukłucie wstydu. Odpowiedziałam cicho, że miałam dłuższy dzień w pracy, ale wiedziałam, że to nie powstrzyma plotek. W naszym bloku wszystko rozchodziło się szybciej niż prąd w starych kablach — a ja byłam tematem numer jeden od czasu, gdy Tomek, mój mąż, spakował walizki i wyszedł bez słowa wyjaśnienia.

Weszłam do mieszkania, gdzie powitała mnie cisza. Moja córka, Ola, zamknęła się w swoim pokoju. Słyszałam tylko cichy szelest przewracanych stron i odgłos stukania w klawiaturę. Próbowałam z nią rozmawiać, ale odpowiadała półsłówkami, jakby bała się, że zaraz wybuchnę płaczem. Może się bała, a może po prostu już mnie nie rozumiała. Odkąd Tomek odszedł, wszystko się zmieniło. Nawet ja sama.

Pamiętam ten dzień, kiedy wyszłam z pracy i zobaczyłam go czekającego na mnie pod biurem. Myślałam, że to będzie miła niespodzianka, ale jego twarz była kamienna. — Irena, musimy porozmawiać — powiedział. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to będzie ostatnia rozmowa, jaką przeprowadzimy jako małżeństwo. — Nie mogę już tak żyć. Dusi mnie ta codzienność, twoje wieczne narzekanie, brak czułości. Przepraszam, ale odchodzę. — Stałam tam, na środku chodnika, z torbą w ręku, i czułam, jak świat się wali. Nie płakałam. Nawet nie krzyczałam. Po prostu pozwoliłam mu odejść.

Przez pierwsze tygodnie żyłam jak w transie. Praca w urzędzie była jedynym miejscem, gdzie czułam się potrzebna. W domu czekała na mnie tylko Ola i jej milczenie. Sąsiedzi patrzyli na mnie z litością albo z ukrytą satysfakcją. — Widzisz, Irena, zawsze byłaś taka wyniosła, a teraz sama zostałaś — słyszałam czasem za plecami. Bolało, ale nie miałam siły walczyć.

Któregoś wieczoru, gdy siedziałam przy kuchennym stole, zadzwoniła moja matka. — Irenko, nie możesz się tak poddawać. Życie to nie bajka, ale musisz walczyć o siebie i o Olę. — Jej słowa były jak plaster na ranę, ale też jak wyrzut sumienia. Czy naprawdę próbowałam walczyć? Czy tylko pozwoliłam, by wszystko się rozpadło?

Zaczęłam szukać pomocy. Najpierw poszłam do psychologa. — Pani Ireno, zmiana zaczyna się od środka. Musi pani zaakceptować siebie, zanim inni panią zaakceptują — usłyszałam. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Każdego dnia patrzyłam w lustro i widziałam kobietę, która nie poznaje samej siebie. Zmęczone oczy, siwe pasma we włosach, usta zaciśnięte w cienką linię. Gdzie podziała się ta Irena, która kiedyś śmiała się z byle czego?

Pewnego dnia, wracając z pracy, zobaczyłam Olę siedzącą na ławce przed blokiem. Rozmawiała z jakimś chłopakiem, śmiała się. Przez chwilę poczułam zazdrość — ona potrafiła jeszcze się śmiać, a ja? Podeszłam do niej, ale gdy mnie zobaczyła, jej twarz natychmiast spoważniała. — Mamo, mogłabyś nie wtrącać się w moje sprawy? — rzuciła, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Zatrzymałam się, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Czy naprawdę byłam aż taką złą matką?

Wieczorem usiadłam na kanapie i zaczęłam przeglądać stare zdjęcia. Znalazłam jedno, na którym jesteśmy wszyscy razem — ja, Tomek i Ola, jeszcze mała, z uśmiechem od ucha do ucha. Przypomniałam sobie, jak wtedy śmialiśmy się z jej pierwszych kroków, jak Tomek nosił ją na barana po parku. Gdzie to wszystko się podziało? Czy to ja zawiniłam, czy po prostu życie nas przerosło?

Następnego dnia postanowiłam zrobić coś dla siebie. Poszłam na zajęcia jogi, choć czułam się tam jak intruz. Wszystkie kobiety wydawały się pewne siebie, szczęśliwe. Ja tylko próbowałam nie upaść podczas pierwszej asany. Po zajęciach jedna z uczestniczek, Magda, podeszła do mnie. — Pierwszy raz? — zapytała z uśmiechem. — Nie martw się, każda z nas kiedyś zaczynała. — Jej słowa dodały mi otuchy. Może nie jestem jeszcze stracona?

Zaczęłam powoli wracać do życia. Spotykałam się z Magdą na kawę, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Z czasem zaczęłam opowiadać jej o Tomku, o Oli, o tym, jak bardzo boję się przyszłości. — Irena, musisz dać sobie czas. Nie wszystko da się naprawić od razu — mówiła. Miała rację, ale ja chciałam już, natychmiast. Chciałam, żeby Ola znów mnie przytuliła, żeby sąsiedzi przestali szeptać za moimi plecami, żeby Tomek wrócił. Ale życie nie działa według naszych scenariuszy.

Pewnego wieczoru Ola przyszła do mnie z płaczem. — Mamo, boję się, że już nigdy nie będziemy rodziną — wyszeptała. Przytuliłam ją mocno, czując, jak łzy spływają mi po policzkach. — Kochanie, nie wiem, co będzie, ale obiecuję, że zawsze będę przy tobie. — Po raz pierwszy od dawna poczułam, że może jednak dam radę.

Czas mijał, a ja uczyłam się żyć na nowo. Zaczęłam chodzić na spacery, czytać książki, których nie miałam czasu przeczytać przez lata. Z Olą rozmawiałyśmy coraz częściej, choć wciąż były między nami ciche dni. Tomek dzwonił czasem, pytał o Olę, ale już nie o mnie. Bolało, ale nauczyłam się z tym żyć.

Któregoś dnia spotkałam go przypadkiem na ulicy. Był z nową partnerką. Uśmiechnął się do mnie niepewnie, a ja odpowiedziałam tym samym. Nie poczułam już żalu, tylko spokój. Może to właśnie jest zmiana? Nie spektakularna, nie filmowa, ale cicha, powolna, prawdziwa.

Dziś, gdy patrzę w lustro, widzę inną kobietę. Może nie piękniejszą, ale silniejszą. Czy jestem szczęśliwa? Nie wiem. Ale wiem, że potrafię walczyć o siebie. Może szczęście to nie cel, ale droga? Czy zmiana jest możliwa, czy to tylko iluzja? A może wystarczy, że próbujemy, każdego dnia na nowo?