Moja teściowa daje wszystko mojej szwagierce, a nam tylko okruchy. Czy jestem niewdzięczna, czy po prostu zmęczona?
– Znowu tylko dla Ani? – usłyszałam własny głos, cichy, niemal drżący, kiedy teściowa wręczała mojej szwagierce nową torebkę. Markowa, błyszcząca, z metką, a ja nawet nie musiałam patrzeć na cenę, żeby wiedzieć, że kosztowała więcej niż nasza miesięczna rata za mieszkanie. Stałam w kuchni, udając, że mieszam sałatkę, ale w środku aż mnie ściskało. Mój mąż, Tomek, spojrzał na mnie z ukosa, jakby chciał powiedzieć: „Daj spokój, nie warto”. Ale jak mam dać spokój, skoro to się powtarza od lat?
Każdy rodzinny obiad u teściowej to teatr. Ona – pani domu, zawsze elegancka, z perfekcyjnym makijażem, rozdająca uśmiechy na prawo i lewo, ale tylko wtedy, gdy patrzy na Anię. Ania – żona młodszego brata Tomka, zawsze w centrum uwagi, zawsze z nowym prezentem, zawsze z wdzięcznością w oczach. A ja? Ja jestem tą, która przynosi własne ciasto, bo „może się przyda”, tą, której dzieci dostają stare zabawki po kuzynach, tą, która słyszy: „A wy to jakoś sobie radzicie, prawda?”
Pamiętam pierwszy raz, kiedy poczułam się naprawdę niewidzialna. To było na święta, kilka lat temu. Siedzieliśmy przy stole, dzieci rozpakowywały prezenty. Ania dostała złoty łańcuszek, jej syn – najnowszy zestaw Lego. Moja córka, Zosia, wyciągnęła z papieru starą lalkę, z wyblakłymi włosami. Uśmiechnęłam się, żeby nie zrobić przykrości teściowej, ale w środku czułam, jakby ktoś mnie policzkował. Tomek ścisnął mnie za rękę pod stołem, ale nie powiedział ani słowa.
Z czasem nauczyłam się udawać, że to mnie nie rusza. Przynosiłam własne ciasto, pomagałam w kuchni, sprzątałam po obiedzie. Teściowa zawsze dziękowała Ani za „nieocenioną pomoc”, nawet jeśli to ja zmywałam naczynia. Kiedyś zapytałam Tomka, dlaczego jego mama tak nas traktuje. Wzruszył ramionami. „Może po prostu bardziej ją lubi? Może Ania jest dla niej jak córka?”
Ale ja też chciałam być czyjąś córką. Moja mama zmarła, kiedy byłam nastolatką. Zawsze marzyłam o rodzinie, o ciepłych świętach, o wspólnych rozmowach przy stole. Zamiast tego dostałam chłodne spojrzenia i poczucie, że jestem tylko dodatkiem do Tomka. Nawet kiedy urodziła się Zosia, teściowa przyszła z gratulacjami, ale bez emocji. „Dzieci to obowiązek, nie przywilej” – powiedziała, patrząc na mnie z góry.
Najgorsze są te chwile, kiedy próbuję się odezwać, a ona mnie ignoruje. Kiedyś, podczas obiadu, zapytałam, czy mogłabym przynieść swoją sałatkę na kolejne spotkanie. „Nie trzeba, Ania już wszystko przygotuje” – odpowiedziała, nawet na mnie nie patrząc. Zosia zapytała, dlaczego babcia nie chce jej rysunku powiesić na lodówce. „Bo nie ma już miejsca” – usłyszała. Ale kiedy syn Ani przyniósł swój obrazek, teściowa od razu znalazła miejsce obok zdjęcia Ani z mężem.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak. Może jestem za mało miła? Może powinnam bardziej się starać? Próbowałam rozmawiać z Tomkiem, ale on tylko powtarzał, że nie warto się przejmować. „Mama już taka jest, nie zmienisz jej.” Ale ja nie chcę być przez całe życie tą drugą, tą gorszą.
Ostatnio sytuacja się zaostrzyła. Teściowa sprzedała działkę, którą obiecywała Tomkowi od lat. Pieniądze przekazała Ani i jej mężowi na remont mieszkania. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, kiedy Ania pochwaliła się nową kuchnią. Tomek był wściekły, ale nie powiedział ani słowa matce. Ja nie mogłam spać przez kilka nocy. Czułam się zdradzona, oszukana, jakby ktoś wyrwał mi kawałek przyszłości.
W pracy zaczęłam być rozkojarzona. Koleżanki pytały, czy wszystko w porządku. „Tak, po prostu jestem zmęczona” – odpowiadałam. Ale to nie było tylko zmęczenie. To była bezsilność, poczucie, że nigdy nie będę wystarczająco dobra. Nawet dzieci zaczęły zauważać, że coś jest nie tak. „Mamo, dlaczego babcia nie przytula nas tak jak Antosia?” – zapytała Zosia. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
W końcu postanowiłam porozmawiać z teściową. Zadzwoniłam do niej, zaprosiłam na kawę. Przyszła, jak zawsze elegancka, z chłodnym uśmiechem. – O co chodzi, Kasiu? – zapytała, siadając na kanapie. – Chciałam porozmawiać o tym, jak się czuję – zaczęłam niepewnie. – Od lat mam wrażenie, że traktuje mnie pani inaczej niż Anię. Że dla niej jest wszystko, a dla nas tylko resztki. – Przesadzasz – przerwała mi. – Ania jest bardziej otwarta, zawsze chętna do pomocy. Ty jesteś… no, po prostu inna.
Zabrakło mi słów. – Ale ja też się staram. Przynoszę ciasto, pomagam w kuchni, dbam o rodzinę. – Wiem, Kasiu, ale nie każdy musi być taki sam. Może po prostu nie mamy wspólnego języka – powiedziała, patrząc na mnie z góry. – Nie chcę, żebyś się czuła źle, ale nie mogę udawać, że jesteśmy sobie bliskie.
Wyszła po godzinie, zostawiając mnie z poczuciem porażki. Tomek próbował mnie pocieszyć, ale widziałam, że jemu też jest przykro. Przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie. Zastanawiałam się, czy powinnam dalej udawać, że wszystko jest w porządku. Czy powinnam chodzić na te rodzinne obiady, znosić upokorzenia, patrzeć, jak moje dzieci są traktowane gorzej?
Dziś, kiedy patrzę na Zosię i jej młodszego brata, wiem, że nie chcę, żeby dorastali w poczuciu, że są mniej warci. Nie chcę, żeby myśleli, że muszą się starać, żeby zasłużyć na miłość. Może jestem niewdzięczna, może powinnam być bardziej wyrozumiała. Ale czy naprawdę muszę całe życie godzić się na bycie tą drugą?
Czy milczenie to jeszcze lojalność, czy już zdrada samej siebie? A może czas w końcu powiedzieć głośno, co czuję – nawet jeśli to zaboli?