Dlaczego moja własna córka nie widzi mojego serca?

– Mamo, nie rozumiesz, że wszyscy wokół mnie mają lepiej? – głos Zuzany drżał, a jej oczy błyszczały gniewem i rozczarowaniem. Stała w mojej kuchni, tej samej, w której kiedyś razem piekłyśmy szarlotkę, a teraz dzielił nas stół i coś znacznie większego – mur niezrozumienia.

Zawsze byłam dumna z mojej córki. Zuzana była ambitna, pracowita, piękna. Ale odkąd wyszła za Pawła, wszystko się zmieniło. Jego rodzice – państwo Nowakowie – byli właścicielami dużej firmy budowlanej. Zuzana opowiadała mi, jak zabierają ich na wakacje do Włoch, jak kupili im samochód, jak pomagają przy remoncie mieszkania. Ja, wdowa na emeryturze, mogłam jej zaoferować tylko ciepły obiad i własne ramiona. Ale to przestało wystarczać.

– Zuzanko, ja naprawdę robię, co mogę – próbowałam tłumaczyć, czując, jak gardło ściska mi się z bezsilności. – Wiesz, że po śmierci taty zostałam sama z kredytem. Emerytura ledwo starcza na rachunki. Nie mogę ci dać tyle, co oni, ale… – urwałam, bo widziałam, że nie słucha.

– Ale mamo, ja nie chcę słuchać ciągle o twoich problemach! – przerwała mi ostro. – Paweł mówi, że jego rodzice wszystko robią z miłości. Ty tylko narzekasz, że nie masz pieniędzy. Może gdybyś była bardziej zaradna, nie musiałabym się wstydzić przed teściami!

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek, co usłyszałam w życiu. Zaradna? Przez całe życie pracowałam w szkole, wychowywałam ją sama, odkąd jej ojciec zginął w wypadku. Odkładałam każdy grosz, żeby mogła studiować w Warszawie. Ile razy rezygnowałam z własnych potrzeb, żeby jej niczego nie brakowało? Czy to wszystko się nie liczyło?

Po jej wyjściu długo siedziałam w kuchni, patrząc na stare fotografie. Zuzana jako mała dziewczynka, z rozczochranymi włosami, śmiejąca się do obiektywu. Zuzana na studniówce, w sukience, na którą zbierałam przez pół roku. Zuzana w ramionach ojca, zanim los nam go odebrał. Gdzie podziała się ta bliskość?

Następnego dnia zadzwoniła sąsiadka, pani Halina. – Marysiu, słyszałam, że Zuzana znowu była u ciebie. Wszystko w porządku? – zapytała z troską. Chciałam odpowiedzieć, że tak, ale głos mi się załamał. – Ona mnie nie rozumie, Halinko. Myśli, że jestem gorsza, bo nie mam pieniędzy. –

– Dziecko, nie przejmuj się. Młodzi teraz mają inne wartości. Ale zobaczysz, kiedyś doceni, co dla niej zrobiłaś – pocieszała mnie, ale nie potrafiłam w to uwierzyć.

Przez kolejne tygodnie Zuzana dzwoniła coraz rzadziej. Kiedy w końcu zaprosiła mnie na urodziny wnuczki, czułam się jak gość w jej domu. Wszystko było nowe, drogie, idealne. Teściowa Zuzany, pani Nowak, z uśmiechem wręczyła mi kawę w filiżance, która pewnie kosztowała więcej niż moje miesięczne zakupy. – Marysiu, jak dobrze, że jesteś. Zuzia mówiła, że ostatnio rzadko się widujecie – powiedziała z przesadną uprzejmością.

Zuzana przez cały wieczór była zajęta rozmowami z teściami, a ja bawiłam się z wnuczką, czując, jak bardzo nie pasuję do tego świata. Kiedy wychodziłam, Zuzana odprowadziła mnie do drzwi. – Mamo, następnym razem postaraj się nie przynosić takich tanich prezentów, dobrze? Tosia już ma wszystko, czego potrzebuje – szepnęła, zanim zamknęła drzwi.

Wróciłam do pustego mieszkania i długo płakałam. Czułam się niepotrzebna, gorsza, jakby całe moje życie nie miało znaczenia. Przestałam dzwonić do Zuzany, nie chciałam się narzucać. Tylko pani Halina czasem wpadała na herbatę i próbowała mnie pocieszać.

Pewnego dnia zachorowałam. Zwykłe przeziębienie przerodziło się w zapalenie płuc. Leżałam w łóżku, słaba, z gorączką. Zadzwoniłam do Zuzany, ale nie odebrała. Dopiero po trzech dniach oddzwoniła. – Mamo, nie mogę teraz przyjechać, Paweł ma ważne spotkanie, a ja muszę zająć się Tosią. Może poproś sąsiadkę? – powiedziała chłodno.

Wtedy zrozumiałam, że coś się między nami bezpowrotnie zmieniło. Przestałam być dla niej matką, stałam się tylko problemem. Przez kolejne tygodnie dochodziłam do siebie sama, z pomocą pani Haliny i kilku dobrych ludzi z osiedla.

Któregoś wieczoru, siedząc przy oknie, zobaczyłam, jak Zuzana z rodziną wsiadają do nowego auta. Śmiała się, rozmawiała z teściami, wyglądała na szczęśliwą. Poczułam ukłucie zazdrości, ale też żal. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że nie każdy może dać swoim dzieciom bogactwo? Czy miłość matki naprawdę mierzy się dziś tylko pieniędzmi?

Czasem myślę, że gdyby jej ojciec żył, wszystko wyglądałoby inaczej. Może byłby autorytetem, może potrafiłby postawić granice. Ale zostałam sama i nie umiałam konkurować z ludźmi, którzy mają wszystko. Została mi tylko nadzieja, że kiedyś Zuzana zrozumie, ile dla niej poświęciłam.

Dziś, patrząc na swoje życie, pytam siebie: czy naprawdę zawiodłam jako matka? Czy w świecie, gdzie wszystko mierzy się pieniędzmi, jest jeszcze miejsce na zwykłą, cichą miłość? Może ktoś z was zna odpowiedź, bo ja już nie wiem, jak dotrzeć do serca własnej córki…