Nie dam już rady z mamą pod naszym dachem – czy ktoś mnie zrozumie?
— Mamo, proszę cię, nie wchodź do pokoju dzieci, kiedy śpią! — mój głos drżał, choć starałam się zachować spokój. Stałam w korytarzu, w piżamie, z rozczochranymi włosami, a w oczach miałam łzy bezsilności. Mama spojrzała na mnie z wyrzutem, jakby to ona była ofiarą. — Przecież tylko sprawdzałam, czy wszystko w porządku! — odparła z oburzeniem. — To moje wnuki, mam prawo się o nie martwić!
Od kiedy mama zamieszkała z nami, mój świat wywrócił się do góry nogami. To miało być tymczasowe rozwiązanie, po tym jak tata zmarł nagle na zawał, a mama nie potrafiła sobie poradzić sama w dużym mieszkaniu na Pradze. Mój mąż, Tomek, był sceptyczny, ale nie miał serca odmówić. — To twoja mama, musimy jej pomóc — powiedział wtedy, choć już wtedy widziałam w jego oczach cień niepokoju.
Mamy trzypokojowe mieszkanie na Ursynowie. Ja, Tomek, nasze dzieci – Zuzia, lat 15, i Kuba, lat 12. Do tej pory dzieci miały wspólny pokój, my z Tomkiem drugi, a trzeci był gabinetem i miejscem do pracy zdalnej. Teraz gabinet zamienił się w pokój mamy. Od początku postawiła sprawę jasno: — Potrzebuję własnej przestrzeni, nie mogę spać na kanapie w salonie jak jakaś bezdomna! — mówiła z nutą dramatyzmu, która zawsze doprowadzała mnie do szału.
Przez pierwsze tygodnie starałam się być wyrozumiała. Mama była rozbita po śmierci taty, płakała nocami, nie mogła spać. Gotowałam jej ulubione zupy, rozmawiałam z nią godzinami, próbowałam pocieszać. Ale z czasem zaczęła się wtrącać we wszystko. — Zuzia za długo siedzi przy komputerze, powinnaś jej zabronić! — mówiła, gdy tylko widziała córkę przy laptopie. — Kuba nie zjadł śniadania, to twoja wina, nie pilnujesz go! — wytykała mi, jakbym była złą matką. Nawet Tomkowi potrafiła zwrócić uwagę: — Tomek, nie zostawiaj skarpetek na podłodze, to nie hotel! — rzucała z przekąsem.
Zaczęłam czuć się jak intruz we własnym domu. Każdy dzień był polem minowym. Dzieci zamknęły się w sobie, Zuzia przestała zapraszać koleżanki, Kuba coraz częściej zamykał się w łazience z telefonem. Tomek wracał później z pracy, tłumacząc się korkami, choć wiedziałam, że po prostu nie chce wracać do tego napięcia. Wieczorami kłóciliśmy się szeptem, żeby mama nie słyszała. — To nie może tak wyglądać! — syczał przez zęby. — Nasza rodzina się rozpada!
Pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, usiedliśmy z Tomkiem w kuchni. — Musimy coś zrobić — powiedział cicho. — Ja już nie wytrzymuję. Ty chodzisz jak cień, dzieci są nieszczęśliwe, a twoja mama zachowuje się, jakby to był jej dom. — Co mam zrobić? — zapytałam bezradnie. — Wyrzucić ją na bruk? Przecież nie ma dokąd pójść! — Może powinna zamieszkać z twoją siostrą? — zaproponował. — Anka ma dom pod Warszawą, więcej miejsca… — Wiesz, że Anka nie chce jej u siebie. Zawsze mówiła, że mama jest zbyt wymagająca. — No to co dalej? — Tomek spojrzał na mnie z rozpaczą. — Nie możemy się wszyscy gnieździć w jednym pokoju, a ona nie ustąpi. — Próbowałam z nią rozmawiać — westchnęłam. — Powiedziała, że nie zamierza spać w salonie, bo potrzebuje prywatności.
Następnego dnia zebrałam się na odwagę i zaprosiłam mamę na rozmowę. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie, ona z filiżanką herbaty, ja z zaciśniętymi dłońmi. — Mamo, musimy porozmawiać o naszej sytuacji. Dzieci nie mają już miejsca na naukę, Tomek nie ma gdzie pracować, wszyscy się dusimy. — To nie moja wina, że wasze mieszkanie jest takie małe! — przerwała mi od razu. — Przecież nie chciałam tu być, ale nie miałam wyboru! — Wiem, mamo, ale musimy znaleźć jakieś rozwiązanie. Może mogłabyś spać w salonie, a dzieci odzyskają swój pokój? — Nigdy w życiu! — jej głos podniósł się o oktawę. — Mam 67 lat, nie będę spać na kanapie jak jakaś studentka! — Ale dzieci są w wieku, kiedy potrzebują prywatności… — Przestań! — przerwała mi ostro. — Zawsze tylko dzieci, dzieci, a ja? Ja się nie liczę?
Po tej rozmowie płakałam przez pół nocy. Czułam się jak najgorsza córka na świecie. Z jednej strony współczułam mamie, z drugiej miałam ochotę uciec z własnego domu. Zuzia przyszła do mnie rano, przytuliła się i powiedziała: — Mamo, kiedy babcia wróci do siebie? Nie chcę już tak żyć… — Nie wiem, kochanie — odpowiedziałam, czując, jak serce mi pęka.
Zaczęłam szukać pomocy. Rozmawiałam z psychologiem, szukałam grup wsparcia w internecie. Okazało się, że nie jestem sama. Tysiące kobiet w Polsce przeżywa to samo: opieka nad starzejącymi się rodzicami, brak miejsca, konflikty pokoleń. Ale nikt nie mówi, jak sobie z tym radzić, jak nie zwariować.
W końcu zadzwoniłam do siostry. — Anka, błagam cię, pomóż mi. Ja już nie daję rady. — Wiem, co czujesz — westchnęła. — Ale nie mam warunków, dzieciaki mają pokoje, a mama… sama wiesz, jaka jest. — Może chociaż na jakiś czas? Żebym mogła odetchnąć? — Zastanowię się, ale nic nie obiecuję.
Minęły kolejne tygodnie. Mama coraz bardziej się izolowała, obrażona na wszystkich. Dzieci przestały z nią rozmawiać, Tomek unikał domu. Ja chodziłam jak cień, zmęczona, rozbita, z poczuciem winy. W końcu, pewnego wieczoru, wybuchłam. — Mamo, tak dalej być nie może! — krzyknęłam. — Nasza rodzina się rozpada! — A co mnie to obchodzi? — odpowiedziała lodowato. — Zawsze byłam sama, zawsze musiałam walczyć o swoje. Teraz też muszę.
Nie wiem, co będzie dalej. Może Anka się zlituje, może znajdziemy jakieś inne rozwiązanie. Ale czuję, że jeśli nic się nie zmieni, stracę wszystko, na czym mi zależy. Czy naprawdę jestem złą córką, skoro nie potrafię już tego znieść? Czy ktoś mnie zrozumie, zanim będzie za późno?