Zabrałam mamę do siebie, ale po miesiącu odwiozłam ją z powrotem — i teraz wszyscy mówią, że jestem potworem

— Nie dotykaj tego! — krzyk mamy przeciął kuchnię jak nóż, kiedy tylko sięgnęłam po jej słoik z ogórkami, który postawiła na moim blacie, jakby to był ołtarzyk.

Zamarłam z ręką w powietrzu. W moim mieszkaniu, w mojej kuchni, w moim życiu, które przez lata układałam jak puzzle, nagle pojawił się ten słoik — i ten ton. Mama stała w progu, w płaszczu, choć w środku było ciepło, z chustką na głowie, jakby nadal była na przystanku we wsi. Patrzyła na mnie tak, jak patrzyła, kiedy miałam piętnaście lat i wróciłam późno z dyskoteki w remizie.

— Mamo, ja tylko chciałam zrobić miejsce… — powiedziałam ciszej, bo sąsiadka z dołu zawsze słyszała wszystko i lubiła potem „przypadkiem” pytać na klatce.

— Miejsce? — prychnęła. — Ty mi tu miejsca nie rób. Ja nie jestem twoim meblem.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że mogłam się pomylić. A przecież jeszcze miesiąc wcześniej byłam pewna, że robię jedyną słuszną rzecz.

Zaczęło się od telefonu od Haliny, sąsiadki mamy ze wsi. Zadzwoniła w środku dnia, kiedy siedziałam w pracy, w open space’ie, między kubkami z kawą i ludźmi, którzy udawali, że nie słyszą cudzych rozmów.

— Anka, twoja mama znowu się przewróciła — powiedziała bez wstępów. — Na podwórku. Dobrze, że ja akurat szłam z kurami do stodoły, bo by leżała.

Serce mi stanęło. W głowie od razu zobaczyłam ten dom: stary, z piecem, z progami, o które zawsze się potykałam, z łazienką, do której zimą bałam się wchodzić, bo kafelki były lodowate. Mama miała siedemdziesiąt sześć lat, a upór jakby miała dwadzieścia. Po śmierci taty została sama. Ja wyjechałam do miasta, bo „tu jest praca, tu jest życie”, jak mówiłam, a ona została, bo „tu jest mój dom, tu jest mój grób”.

— Nic jej nie jest? — zapytałam, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.

— A skąd ja mam wiedzieć? Wstała, otrzepała się i powiedziała, że to nic. Ale ja ci mówię, Anka, to się źle skończy. Ona już nie powinna sama.

Po pracy pojechałam do mamy. Dwie godziny pociągiem, potem autobus, potem kawałek pieszo. Wchodząc do domu, poczułam ten zapach: dym z pieca, mydło, kiszonka, stara pościel. Mama siedziała przy stole i obierała ziemniaki, jakby nic się nie stało.

— Halina dzwoniła — zaczęłam.

— Halina to ma język jak łopata — odburknęła. — Przewróciłam się, bo ten kamień przy studni wystaje. Trzeba go ruszyć.

— Mamo, ty nie możesz tak… — usiadłam naprzeciwko. — Co, jakbyś złamała nogę? Co, jakbyś leżała całą noc?

— To bym leżała — powiedziała spokojnie, aż mnie zatkało. — Każdy kiedyś leży.

Wtedy poczułam wściekłość. Nie na nią, tylko na tę bezradność, na to, że życie nie pyta o zgodę. Na to, że ja mam kredyt, pracę, swoje problemy, a jednocześnie mam być jej ratunkiem.

— Zabieram cię do siebie — wypaliłam.

Mama podniosła wzrok. W jej oczach nie było wdzięczności. Było coś jak strach pomieszany z pogardą.

— Nie będziesz mnie wozić jak worek kartofli — powiedziała.

— To nie jest wożenie. To jest opieka.

— Opieka? — zaśmiała się krótko. — Ty chcesz mieć spokój. Żeby cię sumienie nie gryzło.

Może miała rację. Ale też wiedziałam, że jeśli jej nie zabiorę, będę żyła w ciągłym napięciu. Każdy telefon będzie jak wyrok.

W mieście czekało na nas moje dwupokojowe mieszkanie na czwartym piętrze bez windy. Już samo wniesienie jej walizki było jak test, którego nie zdałam. Mama sapnęła na schodach, a ja udawałam, że to nic.

— Tu będziesz miała pokój — powiedziałam, pokazując jej mój gabinet, w którym stało biurko, regał z książkami i rozkładana kanapa.

Mama rozejrzała się, dotknęła palcem półki.

— Kurz — skomentowała.

— Mamo…

— U mnie na wsi nie ma tyle kurzu.

Pierwsze dni były jak udawanie, że jesteśmy w filmie o szczęśliwym pojednaniu. Gotowałam rosół, bo mama mówiła, że „bez rosołu człowiek słabnie”. Kupiłam jej kapcie, żeby nie ślizgała się po panelach. Zainstalowałam uchwyt w łazience, choć hydraulik patrzył na mnie jak na przewrażliwioną.

— Pani, to nie dom opieki — mruknął.

— Jeszcze nie — odpowiedziałam, a potem płakałam w nocy, bo to „jeszcze” zabrzmiało jak groźba.

Mama nie umiała być gościem. Od pierwszego tygodnia zaczęła rządzić. Przestawiała mi talerze w szafkach, bo „tak jest logiczniej”. Wyrzuciła moje przyprawy, bo „to chemia”. Zaczęła wstawać o piątej rano i tłuc garnkami, bo „dzień się marnuje”.

— Mamo, ja pracuję do późna — tłumaczyłam.

— A ja całe życie pracowałam od świtu i żyję — odpowiadała.

Najgorzej było z moim partnerem, Pawłem. Mieszkał ze mną od dwóch lat. Spokojny, cichy, taki, co nie lubi konfliktów. Na początku mówił, że rozumie, że trzeba pomóc.

— Damy radę — powiedział, kiedy mama wprowadziła się z torbami i swoim radiem, które grało tylko jedną stację.

Ale po tygodniu zaczął wracać później. Po dwóch tygodniach jadł kolacje w pracy. Po trzech tygodniach przestał się odzywać.

Pewnego wieczoru, kiedy mama oglądała serial w salonie i komentowała głośno, że „ta aktorka to się nie umyła”, Paweł zamknął się ze mną w sypialni.

— Anka, ja nie wytrzymuję — powiedział szeptem.

— To moja mama.

— Wiem. Ale to też moje życie. Ja nie mam gdzie oddychać.

— To co mam zrobić? — syknęłam, bo w środku narastała we mnie panika.

— Ustal granice. Albo… nie wiem. Może jakaś opiekunka? Może dom dzienny?

— Ona się nie zgodzi.

— A ty się zgadzasz na to, żeby cię zjadła?

To zdanie mnie uderzyło. Bo ja już czułam, że mama mnie zjada. Nie dlatego, że była zła. Tylko dlatego, że była przerażona i próbowała odzyskać kontrolę, a jedynym sposobem, jaki znała, było kontrolowanie mnie.

W czwartym tygodniu wydarzyło się coś, co do dziś słyszę w głowie jak echo. Wróciłam z pracy zmęczona, z siatką zakupów. W kuchni stała mama, a na stole leżały moje rachunki, które wyjęła z szuflady.

— Co to jest? — zapytała, machając papierami. — Kredyt? Ty się zadłużyłaś?

— Mamo, to moje sprawy.

— Twoje? A jak ty umrzesz, to kto to spłaci? — powiedziała, jakby to była zwykła rozmowa o pogodzie.

— Co ty mówisz?!

— Ja mówię prawdę. Ty żyjesz jak pani, a potem płacz.

Wtedy coś we mnie pękło.

— Ja żyję jak pani? — krzyknęłam. — Ja pracuję po dziesięć godzin dziennie! Ja cię tu przywiozłam, bo się bałam, że umrzesz sama! A ty grzebiesz mi w papierach!

Mama zbladła.

— Nie krzycz na mnie — powiedziała cicho, ale w jej głosie było coś twardego. — Ja cię urodziłam.

— I co z tego? — wyrwało mi się. — To znaczy, że mam nie mieć życia?

Zapadła cisza. Taka, że słyszałam tykanie zegara i oddech Pawła w drugim pokoju, który udawał, że go nie ma.

Mama usiadła powoli na krześle.

— To mnie odwieź — powiedziała nagle. — Skoro jestem ciężarem.

— Nie jesteś ciężarem — skłamałam automatycznie.

— Jestem. Widzę. Ty masz oczy jak twoja babka, jak się wściekała. Odwieź mnie.

Przez dwa dni chodziłyśmy wokół tego tematu jak wokół miny. Ja próbowałam przepraszać, ona udawała, że nie słyszy. W nocy słyszałam, jak płacze w swoim pokoju, ale kiedy rano wchodziłam, była już twarda, zaciśnięta, gotowa do walki.

Trzeciego dnia zadzwoniła moja ciotka Ela.

— Anka, co ty wyprawiasz? — zaczęła bez „cześć”. — Mama mówi, że ją gnębisz.

— Gnębię? — aż mi zabrakło tchu. — Ja ją wzięłam do siebie!

— No właśnie. Wzięłaś, żeby się pokazać, a teraz ją chcesz wyrzucić.

— To nie tak.

— A jak? — Ela podniosła głos. — Ludzie gadają. Halina gada. Ksiądz pytał, czemu matka w mieście, a teraz wraca. Wiesz, jak to wygląda?

Wiesz, jak to wygląda. To zdanie było jak wyrok. W Polsce wszystko „wygląda”. Nieważne, co czujesz, nieważne, co cię niszczy. Ważne, co powiedzą.

W piątek spakowałam mamie rzeczy. Ona stała obok i patrzyła, jak wkładam jej swetry do torby.

— Nie musisz się tak spieszyć — powiedziała z ironią.

— Mamo, przestań.

— A co? Prawda boli?

W samochodzie było duszno. Paweł prowadził, bo ja bałam się, że się rozkleję. Mama siedziała z tyłu, patrzyła przez okno na mijane bloki, sklepy, przystanki.

— Tu ludzie żyją jak w klatkach — rzuciła.

— A na wsi jak? — nie wytrzymałam. — Sama w domu, bez lekarza, bez sklepu, bez nikogo.

— Mam Halinę.

— Halina ma swoje życie.

— Ty też masz — powiedziała cicho.

To było najbliższe przyznania racji, na jakie ją było stać.

Kiedy dojechaliśmy, dom wyglądał tak samo jak zawsze: trochę krzywy, trochę smutny, ale znajomy. Mama weszła do środka i od razu podeszła do pieca, jakby sprawdzała, czy jeszcze ją pamięta. Ja stałam w progu i czułam, że robię coś strasznego.

— Zostaniesz na herbatę? — zapytała nagle.

Zaskoczyło mnie to. Bo w jej głosie nie było triumfu. Było zmęczenie.

— Nie mogę — odpowiedziałam. — Musimy wracać.

— No tak — skinęła głową. — Miasto.

W drodze powrotnej Paweł milczał. Ja patrzyłam na pola za oknem i miałam wrażenie, że zostawiłam tam nie tylko mamę, ale też jakąś część siebie. Tę część, która chciała być „dobrą córką”.

W poniedziałek w pracy koleżanka Kasia spojrzała na mnie z dziwną mieszaniną współczucia i potępienia.

— Słyszałam, że twoja mama wróciła na wieś — powiedziała.

— Tak.

— Sama?

— Sama.

Kasia pokiwała głową, jakby właśnie potwierdziła swoje podejrzenia.

— Ja bym nie mogła — rzuciła. — Moja mama to świętość.

Zacisnęłam zęby. Bo nikt nie pytał, jak wyglądał ten miesiąc. Nikt nie pytał, ile razy budziłam się w nocy, bo mama chodziła po mieszkaniu i szukała „swoich rzeczy”. Nikt nie pytał, jak to jest, kiedy dorosła kobieta mówi ci, że jesteś niewdzięczna, bo nie chcesz, żeby przestawiała ci życie.

Po tygodniu zadzwoniła Halina.

— Twoja mama mówi, że jej dobrze — powiedziała. — Ale wiesz… ona taka dumna. Ja tam zaglądam.

— Dziękuję — wyszeptałam.

— Tylko ludzie gadają, Anka — dodała, jakby musiała mnie dobić. — Że ty ją przywiozłaś, a potem oddałaś. Jak psa.

Rozłączyłam się i usiadłam na podłodze w łazience. Płakałam tak, że aż bolał mnie brzuch. Bo może rzeczywiście tak to wyglądało. Bo może w oczach innych byłam potworem.

A potem przyszła wiadomość od mamy. Krótka, bez emotek, bo ona nie używa.

„Nie martw się. Ja sobie poradzę. Ty też.”

Czytałam to zdanie dziesięć razy. I nie wiedziałam, czy to jest jej przebaczenie, czy jej ostateczne odcięcie. Czy ona naprawdę sobie poradzi, czy tylko nie chce, żebym widziała jej słabość.

Od tamtej pory jeżdżę do niej co weekend albo co dwa, zależy od pracy. Robię zakupy, sprzątam, zawozę do lekarza w miasteczku. Szukam opiekunki, ale mama każdą odprawia po pięciu minutach.

— Obca baba będzie mi po domu chodzić? — mówi.

A ja wracam do miasta i czuję, że żyję między dwoma światami: w jednym jestem córką, która „powinna”, w drugim jestem kobietą, która „chce”. I oba te światy ciągną mnie za ręce, aż czasem mam wrażenie, że pęknę na pół.

Najgorsze jest to, że kiedy ktoś mówi: „Jak mogłaś?”, ja nie mam prostej odpowiedzi. Bo ja też czasem pytam siebie: jak mogłam? A czasem myślę: jak mogłam nie?

Czy naprawdę jestem potworem, jeśli nie udźwignęłam czegoś, do czego nikt mnie nie przygotował? A może potworem jest system, w którym opieka nad starszym człowiekiem to prywatna walka w czterech ścianach, a nie wspólna odpowiedzialność?

Powiedzcie mi… gdzie w tym wszystkim kończy się miłość, a zaczyna ratowanie samej siebie? I czy wy też kiedyś baliście się, że robiąc „to, co trzeba”, stracicie własne życie?