Moja córka wydała wszystkie oszczędności na imprezę i nie zaprosiła rodziny – czy to moja wina?
– Zosia, czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego nie było nas na twojej imprezie? – zapytałam, ledwo powstrzymując łzy, kiedy zobaczyłam zdjęcia na Instagramie. Zosia nawet nie podniosła wzroku znad telefonu. – Mamo, to była tylko impreza ze znajomymi. Rodzina by się nudziła – rzuciła, jakby to było oczywiste. W tej chwili poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi serce z piersi. Przecież to była jej osiemnastka, dzień, na który czekałam od lat, wyobrażając sobie, jak razem będziemy świętować jej wejście w dorosłość.
Zosia od zawsze była sprytna. Nie była typem kujona, który godzinami ślęczy nad książkami. Zamiast tego potrafiła rozbawić nauczycieli, przynieść im kawę, pomóc w porządkach po lekcjach. Wszyscy ją uwielbiali, a ona doskonale wiedziała, jak to wykorzystać. Czasem miałam wrażenie, że jestem dla niej tylko kolejną osobą, którą trzeba sobie zjednać, żeby osiągnąć cel. Ale przecież to moja córka, moja krew, moje dziecko, które tuliłam do snu, kiedy miała koszmary.
Kiedy była mała, często powtarzałam jej, że rodzina jest najważniejsza. Ale czy naprawdę w to wierzyła? Czy może moje słowa były dla niej tylko pustym frazesem, który powtarza się z grzeczności? Zosia zawsze miała mnóstwo znajomych, a w domu coraz częściej zamykała się w swoim pokoju. Kiedy próbowałam z nią rozmawiać, odpowiadała półsłówkami. „Daj mi spokój, mamo, mam dużo nauki” – słyszałam niemal codziennie.
Ostatnie miesiące były dla nas trudne. Mój mąż, Marek, stracił pracę, a ja musiałam dorabiać wieczorami, żebyśmy mogli opłacić rachunki. Zosia widziała, jak się martwię, ale nigdy nie zapytała, czy może jakoś pomóc. Zamiast tego coraz częściej wychodziła z domu, wracała późno, a jej oszczędności – które zbierała od lat, odkładając każdą złotówkę z kieszonkowego i prezentów – topniały w oczach. Myślałam, że może kupuje sobie ubrania albo odkłada na studia. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że planuje coś takiego.
Wszystko wyszło na jaw, kiedy zobaczyłam relację jej koleżanki na Instagramie. Wystawna sala, DJ, catering, balony, a wokół Zosi tłum młodych ludzi. Ani jednej twarzy z rodziny. Ani mnie, ani Marka, ani nawet jej młodszego brata, Antka, którego zawsze traktowała jak powietrze. Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do niej i wykrzyczeć wszystko, co leżało mi na sercu, ale powstrzymałam się. Musiałam ochłonąć.
Wieczorem, kiedy wróciła do domu, próbowałam z nią porozmawiać. – Zosiu, dlaczego nie powiedziałaś nam o tej imprezie? – zapytałam cicho. – Bo to nie była impreza dla rodziny. Chciałam się bawić z przyjaciółmi, a wy byście tylko wszystko popsuli – odpowiedziała bez cienia skruchy. – Popsuli? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Myślisz, że twoja rodzina to przeszkoda w twoim szczęściu? – Mamo, nie rozumiesz. Wy zawsze się kłócicie, tata narzeka, Antek płacze. Chciałam mieć jeden wieczór tylko dla siebie – rzuciła i zamknęła się w swoim pokoju.
Siedziałam na kanapie i płakałam. Marek próbował mnie pocieszyć, ale sam był wściekły. – Wychowaliśmy egoistkę – powiedział gorzko. – Może to nasza wina? Może za bardzo jej pobłażaliśmy? – Nie wiem, Marek. Może po prostu taki jest ten świat. Dzieci teraz żyją w internecie, mają innych przyjaciół, inne wartości. Może to my jesteśmy staroświeccy? – odpowiedziałam, choć sama nie wierzyłam w swoje słowa.
Następnego dnia próbowałam porozmawiać z Zosią jeszcze raz. – Zosiu, czy ty naprawdę nie widzisz, jak nas to boli? – zapytałam. – Mamo, nie chciałam was zranić. Po prostu… chciałam poczuć się wyjątkowo. W szkole zawsze muszę się starać, żeby ktoś mnie zauważył. W domu też nigdy nie jestem najważniejsza, bo zawsze są jakieś problemy. Chciałam mieć coś tylko dla siebie – powiedziała, a w jej oczach zobaczyłam łzy. – Ale my cię kochamy, Zosiu. Chcieliśmy być częścią twojego życia, twoich sukcesów, twoich radości. – Może kiedyś to zrozumiem, mamo. Ale teraz… teraz chcę być po prostu sobą.
Od tamtej pory nasze relacje są napięte. Zosia coraz częściej wychodzi z domu, a ja czuję, że tracę z nią kontakt. Czasem zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy powinnam była być bardziej stanowcza, czy może bardziej wyrozumiała? Czy to ja popełniłam błąd, pozwalając jej na zbyt wiele? A może to po prostu znak czasów, że dzieci coraz bardziej oddalają się od rodziców?
Ostatnio, kiedy siedziałam sama w kuchni, usłyszałam, jak Zosia rozmawia przez telefon z koleżanką. – Mama się obraziła, bo nie zaprosiłam ich na imprezę. Ale przecież to był mój dzień, nie ich. – Jej słowa bolały, ale zrozumiałam, że dla niej rodzina to nie jest już centrum świata. Może kiedyś to się zmieni. Może kiedyś zrozumie, jak bardzo ją kocham i jak bardzo mi jej brakuje.
Czy to ja zawiodłam jako matka? Czy można jeszcze naprawić to, co się popsuło? A może czasem trzeba pozwolić dzieciom popełniać własne błędy, nawet jeśli to boli bardziej niż cokolwiek innego?