Wyrzucona z własnego życia: „Nie jesteś matką, jesteś przekleństwem” – Moja walka o syna i o siebie
– Wynoś się! – krzyknął Michał, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach. Stałam na środku kuchni, z rękami drżącymi od bezsilności, patrząc na niego i na naszego syna, Kubusia, skulonego na kanapie. – To przez ciebie on jest chory! – wrzeszczał dalej, a ja czułam, jak każdy jego wyraz wbija się we mnie jak nóż. – Jesteś przekleństwem, nie matką!
Nie pamiętam, jak długo stałam w tym samym miejscu, zanim zrozumiałam, że to nie jest tylko kolejna kłótnia. Michał był śmiertelnie poważny. Wyrzucił mnie z domu, zabrał klucze, a potem zamknął drzwi na dwa zamki. Zostałam na klatce schodowej, z jedną torbą, w której miałam tylko portfel, telefon i sweter. Nie miałam dokąd pójść. Moja matka od dawna nie chciała ze mną rozmawiać, bo „poślubiłam nie tego człowieka”. Siostra mieszkała za granicą, a przyjaciółki… cóż, po ślubie i narodzinach Kubusia kontakt się urwał. Zostałam sama.
Przez pierwsze dni spałam u sąsiadki, pani Haliny, która z litości pozwoliła mi zostać na kanapie. Ale nawet ona po kilku dniach zaczęła patrzeć na mnie z niechęcią. – Może powinnaś wrócić do męża, przeprosić go? – sugerowała. – W końcu to twój syn, a matka powinna być przy dziecku. – Jakby to była moja wina, że Kubuś zachorował na cukrzycę typu 1. Jakby to ja wybrałam dla niego taki los.
Każdego dnia próbowałam się z nim skontaktować. Michał nie odbierał telefonów, nie odpisywał na SMS-y. Raz tylko odebrał, żeby powiedzieć: – Nie chcę cię więcej widzieć. Kubuś nie potrzebuje takiej matki. – Potem zablokował mój numer. Próbowałam dostać się do przedszkola, gdzie chodził Kubuś, ale dyrektorka powiedziała, że nie mogę go widywać bez zgody ojca. – Proszę zrozumieć, pani Marto, musimy przestrzegać prawa. – Prawo? Jakie prawo chroni matkę, której odebrano dziecko bez żadnej winy?
W końcu znalazłam się w schronisku dla kobiet. Tam poznałam inne kobiety, które też straciły wszystko. Każda z nas miała swoją historię, ale ja czułam się najbardziej winna. Każdej nocy płakałam w poduszkę, wyobrażając sobie, jak Kubuś budzi się w nocy, a mnie nie ma, żeby mu podać insulinę, przytulić, uspokoić. Michał nigdy nie był cierpliwy. Bałam się, że nie poradzi sobie z chorobą syna.
Pewnego dnia, gdy siedziałam na ławce w parku, zobaczyłam ich – Michała i Kubusia. Mój syn był blady, miał podkrążone oczy. Michał szedł obok, rozmawiał przez telefon, nie zwracając na niego uwagi. Kubuś potknął się i upadł. Zerwałam się z ławki i pobiegłam do nich. – Kubuś! – zawołałam. Michał spojrzał na mnie z nienawiścią. – Odejdź, nie masz prawa się z nim kontaktować! – krzyknął. – To przez ciebie on jest chory! – Kubuś spojrzał na mnie z łzami w oczach. – Mamusiu…
To był moment, w którym postanowiłam walczyć. Zgłosiłam się do prawnika z ośrodka pomocy społecznej. – Ma pani prawo widywać syna – powiedziała mecenas Nowak. – To, co zrobił pani mąż, to przemoc psychiczna. – Złożyłyśmy wniosek do sądu o ustalenie kontaktów z dzieckiem. Michał próbował wszystkiego, żeby mnie oczernić. – Marta jest niestabilna emocjonalnie, nie radzi sobie z chorobą syna, zaniedbywała go! – mówił w sądzie. – To przez nią Kubuś jest chory!
Sędzia patrzył na mnie surowo. – Czy ma pani dowody na to, że była pani dobrą matką? – zapytał. Pokazałam zdjęcia, wyniki badań, zaświadczenia od lekarzy. – Kubuś zawsze był pod moją opieką, to ja nauczyłam go mierzyć cukier, to ja pilnowałam diety. – Głos mi się łamał, ale nie mogłam się poddać. – Proszę, pozwólcie mi być matką.
Czekałam na wyrok jak na zbawienie. W tym czasie Michał rozpowiadał po osiedlu, że jestem „wariatką”, że „zrujnowałam życie dziecku”. Sąsiadki odwracały wzrok, gdy przechodziłam obok. W sklepie ekspedientka udawała, że mnie nie widzi. Nawet pani Halina przestała się do mnie odzywać. Byłam niewidzialna, jakby moje istnienie było hańbą dla wszystkich wokół.
W końcu nadszedł dzień rozprawy. Sędzia ogłosił: – Sąd przyznaje pani prawo do kontaktów z synem dwa razy w tygodniu oraz jeden weekend w miesiącu. – Zalałam się łzami. To nie było pełne zwycięstwo, ale pierwszy krok. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Kubusia po tak długiej rozłące, rzucił mi się w ramiona. – Mamusiu, tęskniłem! – szlochał. – Ja też, kochanie, ja też…
Zaczęłam powoli odbudowywać swoje życie. Znalazłam pracę w sklepie spożywczym, wynajęłam mały pokój. Każde spotkanie z Kubusiem było dla mnie świętem. Uczyłam go, jak radzić sobie z chorobą, jak być silnym. Michał wciąż próbował mnie oczerniać, ale z czasem sąd przyznał mi coraz więcej praw. Po roku walki Kubuś zamieszkał ze mną na stałe. Michał odszedł, przestał się interesować synem. Zostałyśmy sami, ale razem.
Czasem, gdy patrzę na Kubusia, zastanawiam się, jak mogłam przetrwać ten koszmar. Ile matek w Polsce przechodzi przez podobne piekło, oskarżane, wykluczane, samotne? Czy naprawdę jesteśmy winne temu, co spotyka nasze dzieci? Czy ktoś kiedyś zrozumie, jak bardzo boli bycie matką na wygnaniu? Może ktoś z was też to przeżył? Podzielcie się swoją historią…