„Miała być to pomoc na chwilę. Minęły trzy lata, a ja nadal odbieram wnuki ze szkoły, gotuję i odrabiam z nimi lekcje” – historia babci, która zapomniała o sobie
– Mamo, tylko na chwilę. Naprawdę, obiecuję – mówiła Ania, moja córka, z tym swoim błagalnym spojrzeniem, które pamiętam jeszcze z czasów, gdy była małą dziewczynką i prosiła o jeszcze jeden kawałek ciasta. Stałyśmy wtedy w mojej kuchni, a ona tuliła w ramionach małego Jasia, który miał wtedy zaledwie kilka miesięcy. Starszy Franek właśnie zaczynał pierwszą klasę. Zięć, Tomek, pracował do późna – jak zawsze zresztą.
– Mamo, ja nie dam rady sama. Praca, dom, dzieci… Potrzebuję cię tylko przez kilka tygodni. Może miesiąc. Tylko odbieraj Franka ze szkoły i czasem ugotuj obiad. Proszę.
Nie wahałam się ani chwili. Zawsze powtarzałam, że rodzina jest najważniejsza. A skoro mogłam pomóc, to dlaczego miałabym odmówić? Przecież jestem na emeryturze, mam czas. Tak sobie tłumaczyłam.
Minęły trzy lata.
Dziś znów stoję pod szkołą, czekając na Franka. Obok mnie inne babcie i dziadkowie – niektórzy uśmiechnięci, inni zmęczeni jak ja. W ręku trzymam torbę z zakupami: mleko bez laktozy dla Jasia, chleb z ziarnami dla Ani, bo przecież ona teraz na diecie. W głowie układam plan popołudnia: obiad, lekcje z Frankiem (matematyka to moja zmora), potem zabawa z Jasiem, kąpiel…
– Babciu! – Franek podbiega do mnie i rzuca się na szyję. – Dostałem piątkę z przyrody!
Uśmiecham się szeroko i przytulam go mocno. To dla takich chwil warto żyć – powtarzam sobie w duchu. Ale zaraz potem czuję ukłucie żalu. Bo przecież miało być inaczej.
Wieczorem siedzę w kuchni Ani i Tomka. Ania wraca późno z pracy, zmęczona i rozdrażniona.
– Mamo, możesz zostać jeszcze godzinę? Muszę skończyć raport.
– Oczywiście – odpowiadam automatycznie.
Tomek wpada do domu jak burza, rzuca torbę pod ścianę.
– Co na obiad? – pyta bez cienia wdzięczności.
– Zupa pomidorowa i kotlety mielone – odpowiadam cicho.
– Super – mruczy i znika w łazience.
Czasem mam wrażenie, że jestem tu niewidzialna. Że stałam się częścią wyposażenia tego domu: jak pralka albo lodówka. Zawsze dostępna, zawsze gotowa do pomocy.
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz poczułam się naprawdę zmęczona. To było w zeszłym roku, zimą. Zaspałam i nie zdążyłam przygotować śniadania dla chłopców. Ania była wściekła.
– Mamo, przecież wiedziałaś, że dziś mam ważne spotkanie! Jak mogłaś zapomnieć o śniadaniu?
Poczułam się wtedy jak dziecko przyłapane na czymś złym. Przeprosiłam ją sto razy, ale do dziś pamiętam ten chłód w jej głosie.
Od tamtej pory staram się nie popełniać błędów. Wszystko mam zapisane w kalendarzu: godziny odbioru dzieci, menu na cały tydzień, terminy szczepień…
Czasem wieczorem siadam w swoim pustym mieszkaniu i płaczę. Tęsknię za dawnym życiem: za spotkaniami z koleżankami w klubie seniora, za wyjazdami do teatru czy na działkę. Teraz nie mam na to czasu ani siły.
Ostatnio zadzwoniła do mnie Basia:
– Krysiu, kiedy się wreszcie spotkamy? Tyle razy cię zapraszałam!
– Basieńko, nie mogę… Mam dzieci.
– Ale to nie twoje dzieci! – wykrzyknęła Basia.
Zamilkłam. Bo co miałam powiedzieć? Że czuję się winna za każdym razem, gdy myślę o sobie?
W niedzielę przyjechała do mnie siostra, Ela.
– Krysiu, musisz coś z tym zrobić. Przecież ty już nie żyjesz swoim życiem! Ania cię wykorzystuje!
– Nie mów tak… Ona po prostu potrzebuje pomocy.
– Ale ty też masz prawo do odpoczynku! – Ela była stanowcza jak nigdy.
Wieczorem długo rozmyślałam nad jej słowami. Czy rzeczywiście dałam się zamknąć w pułapce własnej dobroci? Czy jestem winna temu, że Ania przestała radzić sobie sama?
Kilka dni później zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z córką.
– Aniu… Musimy pogadać.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Co się stało?
– Jestem zmęczona. Potrzebuję trochę czasu dla siebie. Chciałabym wrócić do swoich zajęć…
Ania milczała przez dłuższą chwilę.
– Myślałam, że lubisz spędzać czas z chłopcami…
– Kocham ich nad życie – odpowiedziałam łamiącym się głosem – ale też chcę mieć swoje życie.
Zobaczyłam łzy w jej oczach. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę – jakby ktoś zdjął mi ciężar z ramion.
Od tamtej rozmowy minął tydzień. Ania zaczęła szukać opiekunki do dzieci na popołudnia. Ja powoli wracam do siebie: byłam już dwa razy na zajęciach jogi i spotkałam się z Basią na kawie.
Ale wciąż czuję wyrzuty sumienia. Czy jestem złą matką i babcią? Czy można kochać za bardzo? Gdzie przebiega granica między pomocą a poświęceniem siebie?
Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: czy naprawdę muszę wybierać między sobą a rodziną? A może jest sposób, by być dla innych – nie tracąc siebie?