Między Ciszą a Krzykiem: Historia Rodziny Nowaków

– Znowu jej nie ma – powiedziałam cicho, patrząc na trzylatka, który z przejęciem zdmuchiwał świeczki na torcie. Staś był taki szczęśliwy, a ja czułam w gardle gulę, której nie mogłam przełknąć. Wokół śmiech, rozmowy, a ja myślami byłam gdzie indziej. – Szkoda, że Zuzanna znów nie przyszła – szepnęłam do męża, choć wiedziałam, że to wywoła burzę.

Marek spojrzał na mnie z irytacją. – Nie chce – to trudno – rzucił ostro. – Pisałem do niej dwa tygodnie temu. Ile można zapraszać? – dodał, jakby chciał zamknąć temat raz na zawsze.

Ale temat nie był zamknięty. Nie dla mnie. Zuzanna, nasza córka, nie widziała swojego syna od czterech lat. Nie znała nawet własnego wnuka. Każda rodzinna uroczystość była dla mnie przypomnieniem tej pustki, tej rany, która nie chciała się zagoić.

Pamiętam dzień, kiedy wszystko się zaczęło psuć. Był listopad, szaro i zimno. Zuzanna wróciła późno do domu, a ja czekałam z kolacją. Miała wtedy osiemnaście lat i w oczach bunt, którego nie potrafiłam zrozumieć. – Gdzie byłaś? – zapytałam wtedy z troską i niepokojem.

– U Magdy. Przecież mówiłam – odpowiedziała chłodno.

– Magda mieszka w drugą stronę miasta. Dlaczego wracasz tak późno? – dopytywałam.

– Mamo, przestań mnie kontrolować! – krzyknęła i zatrzasnęła drzwi od swojego pokoju.

Od tamtej pory było już tylko gorzej. Każda rozmowa kończyła się kłótnią. Marek próbował być mediatorem, ale jego cierpliwość szybko się kończyła. – Daj jej spokój, Krystyna. Przejdzie jej – powtarzał.

Nie przeszło. Zuzanna wyprowadziła się zaraz po maturze. Przez kilka lat kontakt był sporadyczny – telefon na święta, czasem krótka wiadomość na Messengerze. Potem poznała Pawła i nagle wszystko ucichło.

Kiedy dowiedziałam się o ciąży Zuzanny, byłam szczęśliwa i przerażona jednocześnie. Chciałam być przy niej, pomóc, wesprzeć. Ale ona nie chciała mojej obecności. – Poradzę sobie sama – powiedziała przez telefon. – Nie potrzebuję twoich rad.

Ostatni raz widziałam ją cztery lata temu. Przyszła na chwilę, zostawiła prezent dla Stasia i wyszła bez słowa pożegnania. Od tamtej pory tylko cisza.

Wróciłam do rzeczywistości, gdy Staś podbiegł do mnie z kawałkiem tortu. – Babciu, patrz! Mam największy kawałek! – zawołał radośnie.

Uśmiechnęłam się przez łzy. – Smacznego, kochanie.

Wieczorem, gdy wszyscy już poszli, usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty. Marek krzątał się po domu, udając, że wszystko jest w porządku.

– Może powinniśmy pojechać do niej? – zapytałam cicho.

– Po co? Żeby znowu nas wyrzuciła za drzwi? Krystyna, ona nie chce mieć z nami nic wspólnego! – odpowiedział z goryczą.

– Ale to nasza córka…

– Córka? Córka nie zachowuje się tak wobec rodziców! – podniósł głos.

Zamilkłam. Wiedziałam, że nie przekonam go tej nocy.

Nie spałam długo. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: pierwsze kroki Zuzanny, jej śmiech w dzieciństwie, wspólne wakacje nad morzem… Gdzie popełniłam błąd? Czy byłam zbyt surowa? Czy za bardzo chciałam ją chronić?

Następnego dnia zadzwoniłam do niej jeszcze raz. Telefon milczał długo, aż w końcu usłyszałam jej głos:

– Tak?

– Zuzia… To ja…

– Czego chcesz?

– Chciałam tylko… Chciałam ci powiedzieć, że Staś miał urodziny. Było bardzo ładnie… Szkoda, że cię nie było.

– Mamo, proszę… Nie dzwoń do mnie więcej.

– Zuziu…

Rozłączyła się.

Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Marek udawał twardego, ale widziałam jak wieczorami patrzy na stare zdjęcia Zuzanny. Staś pytał czasem o ciocię Zuzię, bo widział jej zdjęcia na półce.

Pewnego dnia przyszła do nas listonoszka z poleconym listem. Rozpoznałam pismo Zuzanny od razu. Ręce mi drżały, gdy otwierałam kopertę:

„Mamo,
Nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy mogły rozmawiać jak dawniej. Za dużo się wydarzyło. Czuję się samotna i zagubiona, ale nie potrafię wrócić do waszego świata. Mam żal o wiele rzeczy… o to, że nigdy mnie nie słuchałaś naprawdę. Że zawsze wiedziałaś lepiej. Może kiedyś będziemy mogły zacząć od nowa? Ale teraz… jeszcze nie jestem gotowa.
Zuzanna”

Czytałam ten list dziesięć razy pod rząd. Każde słowo bolało jak rana rozdrapana na nowo.

Wieczorem pokazałam list Markowi.

– I co teraz? – zapytał bezradnie.

– Poczekamy… Może kiedyś wróci – odpowiedziałam cicho.

Minęły miesiące. Staś rósł jak na drożdżach, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że patrzę przez okno i wyobrażam sobie Zuzannę stojącą pod naszym domem.

W Wigilię zostawiłam dla niej dodatkowe nakrycie przy stole. Marek przewrócił oczami, ale nic nie powiedział.

Nagle ktoś zadzwonił do drzwi.

Serce mi stanęło. Pobiegłam do przedpokoju i otworzyłam drzwi szeroko.

Stała tam Zuzanna. W rękach trzymała mały prezent zapakowany w kolorowy papier.

– Mogę wejść? – zapytała cicho.

Objęłam ją bez słowa i poczułam jak łzy spływają mi po policzkach.

Tego wieczoru po raz pierwszy od lat rozmawiałyśmy szczerze. O wszystkim: o bólu, o żalu, o tym jak bardzo siebie potrzebujemy mimo wszystko.

Nie wiem czy kiedykolwiek będzie jak dawniej. Ale wiem jedno: rodzina to coś więcej niż wspólne zdjęcia na półce i puste nakrycie przy stole.

Czy można naprawić to, co zostało zniszczone przez lata milczenia? Czy wystarczy jedno „przepraszam”, żeby znów być razem? Co wy myślicie?