Między ciszą a krzykiem: Historia jednej rodziny z Gdańska

– Znowu wróciłeś pijany?! – krzyknęłam, trzaskając drzwiami kuchni. W powietrzu unosił się zapach taniego piwa i papierosów, a mój ojciec, Andrzej, ledwo trzymał się na nogach. Mama siedziała przy stole, zgarbiona, z pustym wzrokiem wbitym w filiżankę herbaty. Był listopadowy wieczór, deszcz bębnił o szyby naszego mieszkania na Zaspie, a ja czułam, jak coś we mnie pęka.

Mam na imię Marta. Mam dwadzieścia cztery lata i od dziecka żyję w cieniu rodzinnych kłamstw. W naszym domu nigdy nie było cicho – nawet kiedy nikt nie mówił ani słowa. Krzyki ojca, ciche łzy mamy, trzaskanie drzwiami mojego młodszego brata Pawła – to była nasza codzienność. Ale tego wieczoru coś się zmieniło. Po raz pierwszy odważyłam się powiedzieć głośno to, co przez lata dusiłam w sobie.

– Przestańcie udawać! – wybuchłam. – Udajecie przed sąsiadami, przed rodziną, nawet przed sobą! Myślicie, że nie widzę? Że nie wiem?

Ojciec spojrzał na mnie z pogardą.

– Ty nic nie rozumiesz. To nie twoja sprawa.

– To jest moja sprawa! – odpowiedziałam drżącym głosem. – To moje życie!

Mama zerwała się z krzesła i wybiegła do łazienki. Paweł schował się w swoim pokoju. Zostałam sama z ojcem i jego gniewem.

W tamtej chwili poczułam się jak intruz we własnym domu. Przez lata próbowałam być niewidzialna, nie sprawiać kłopotów, nie zadawać pytań. Ale im bardziej milczałam, tym bardziej czułam się obca. W szkole byłam tą cichą dziewczyną z problematycznej rodziny. Nauczyciele patrzyli na mnie ze współczuciem, koleżanki szeptały za plecami.

Pamiętam jedną noc, kiedy miałam czternaście lat. Ojciec wrócił późno, mama płakała w kuchni. Paweł miał wtedy dziewięć lat i tulił się do mnie pod kołdrą.

– Marta, dlaczego tata tak krzyczy? – zapytał szeptem.

Nie umiałam odpowiedzieć. Sama chciałam wiedzieć.

Z biegiem lat nauczyłam się uciekać do książek i muzyki. Marzyłam o tym, żeby wyjechać z Gdańska, zacząć nowe życie gdzieś daleko. Ale kiedy dostałam się na studia na Uniwersytecie Gdańskim, mama błagała mnie, żebym została w domu.

– Nie zostawiaj mnie samej z nim – mówiła cicho.

Zostałam. Każdego dnia czułam coraz większy ciężar odpowiedzialności za rodzinę, która rozpadała się na moich oczach.

W zeszłym roku wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko. Pewnego wieczoru wróciłam do domu wcześniej niż zwykle i zobaczyłam mamę rozmawiającą przez telefon. Była roztrzęsiona.

– Nie mogę już tak dłużej – szeptała do słuchawki. – On mnie zabije…

Zamarłam w progu. Mama nie zauważyła mnie. Po chwili odłożyła telefon i spojrzała na mnie ze łzami w oczach.

– Marta… ja…

Nie dokończyła. Wtedy zrozumiałam, że muszę coś zrobić.

Zaczęłam szukać pomocy. Najpierw poszłam do psychologa na uczelni. Potem zadzwoniłam do fundacji pomagającej ofiarom przemocy domowej. Każdy krok kosztował mnie mnóstwo odwagi i łez.

Ojciec coraz częściej znikał na całe noce. Paweł zamknął się w sobie, przestał chodzić do szkoły. Mama chudła w oczach.

Pewnego dnia znalazłam ją nieprzytomną w łazience – połknęła tabletki nasenne. Na szczęście zdążyłam zadzwonić po pogotowie.

Po tym wszystkim mama trafiła do szpitala psychiatrycznego. Ojciec obwiniał mnie o wszystko.

– To przez ciebie! – wrzeszczał. – Gdybyś nie mieszała się w nasze sprawy…

Ale ja wiedziałam, że zrobiłam to, co musiałam.

Przez kilka miesięcy żyliśmy jak na bombie zegarowej. Paweł coraz częściej uciekał z domu, ja pracowałam po nocach w kawiarni na Starym Mieście, żeby mieć pieniądze na terapię dla mamy.

W końcu przyszedł dzień, kiedy musiałam podjąć decyzję: zostać i dalej walczyć o rodzinę czy odejść i ratować siebie.

Pamiętam rozmowę z Pawłem nad Motławą.

– Marta… boję się go – powiedział cicho.

Objęłam go mocno.

– Już niedługo będziemy wolni – obiecałam.

Zgłosiliśmy sprawę na policję. Ojciec dostał zakaz zbliżania się do nas. Mama wróciła do domu po kilku miesiącach leczenia. Była słaba, ale po raz pierwszy od lat zobaczyłam w jej oczach nadzieję.

Dziś mieszkamy razem w małym mieszkaniu na Przymorzu. Paweł wrócił do szkoły, mama powoli odzyskuje siły. Ja kończę studia i marzę o tym, żeby kiedyś napisać książkę o naszej historii.

Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: czy można naprawdę wybaczyć? Czy da się odbudować zaufanie po tylu latach bólu?

Może właśnie o to chodzi w życiu – żeby próbować, nawet jeśli wszystko wokół mówi ci: poddaj się.