Między czterema ścianami: Gdy własna rodzina odwraca się w najtrudniejszym momencie

– Nie przesadzaj, Lucyna, każdy ma swoje problemy – usłyszałam przez telefon głos mamy, zimny jak lód. Stałam oparta o kuchenny blat, a w dłoni ściskałam kubek z herbatą, który drżał tak samo jak moje ciało. Od tygodnia byłam już w domu po trzech miesiącach spędzonych w szpitalu. Wróciłam słaba, z bliznami na ciele i duszy, z nadzieją, że rodzice przyjadą, przytulą mnie, powiedzą: „Jesteśmy z tobą, córeczko”. Zamiast tego dostałam krótką wiadomość: „Daj znać, jak się poczujesz lepiej”.

– Mamo, ja naprawdę was potrzebuję… – wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Nie mogę sama…

– Lucyna, masz już trzydzieści dwa lata. Musisz nauczyć się radzić sobie sama. My też nie jesteśmy młodzi – odpowiedziała bez cienia współczucia.

Rozłączyła się. Zostałam sama z ciszą, która dzwoniła mi w uszach głośniej niż szpitalne monitory. Przez okno widziałam sąsiadkę wyprowadzającą psa, dzieci wracające ze szkoły. Wszyscy mieli dokąd wracać. Ja miałam tylko cztery ściany i echo własnych myśli.

Kiedy zachorowałam, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Najpierw zwykłe zmęczenie, potem ból brzucha, aż w końcu trafiłam na SOR z ostrym zapaleniem trzustki. Przez kilka dni walczyłam o życie. Pamiętam twarze pielęgniarek, zapach środków dezynfekujących i ten strach – czy jeszcze kiedyś zobaczę świat poza szpitalnym oknem? Rodzice odwiedzili mnie raz. Siedzieli sztywno na krzesłach, mama patrzyła na zegarek, tata milczał. Po piętnastu minutach powiedzieli, że muszą już jechać.

Po wyjściu ze szpitala nie miałam siły na nic. Ledwo mogłam zrobić sobie herbatę czy ugotować zupę. Przyjaciele? Większość była zajęta swoimi sprawami. Ola napisała raz na Messengerze: „Trzymaj się!”. Tyle.

Najgorsze były wieczory. Siedziałam na kanapie i patrzyłam w sufit. W głowie kłębiły się pytania: Co zrobiłam nie tak? Dlaczego mama i tata nie chcą mi pomóc? Przecież zawsze byłam tą „grzeczną córką”, nigdy nie sprawiałam problemów. Skończyłam studia, pracowałam, nie piłam, nie paliłam. A jednak…

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i pojechałam do rodziców do Piaseczna. Stałam pod drzwiami z torbą pełną leków i łomoczącym sercem. Otworzyła mama.

– Lucyna? Co ty tu robisz bez zapowiedzi?

– Mamo… ja… chciałam z wami porozmawiać.

Wpuściła mnie do środka niechętnie. Tata siedział przed telewizorem i nawet nie spojrzał w moją stronę.

– Chciałabym… żebyście byli przy mnie. Jest mi bardzo ciężko – zaczęłam cicho.

Mama westchnęła.

– Lucyna, my też mamy swoje życie. Nie możemy wszystkiego rzucić dla ciebie. Zawsze byłaś taka wrażliwa…

– Ale ja naprawdę was potrzebuję! – głos mi się załamał.

Tata spojrzał na mnie z irytacją.

– Przesadzasz. Ludzie mają gorsze problemy. Jesteś dorosła.

Wyszłam stamtąd z poczuciem upokorzenia i żalu, którego nie potrafiłam nazwać. Po powrocie do mieszkania rzuciłam się na łóżko i płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez.

Przez kolejne dni próbowałam jakoś funkcjonować – chodzić do pracy zdalnej, gotować proste posiłki, udawać przed sąsiadami, że wszystko jest w porządku. Ale w środku czułam się jak pusta skorupa.

Pewnego wieczoru zadzwoniła ciocia Basia – siostra mamy.

– Lucynka, słyszałam, że byłaś chora… Czemu nie zadzwoniłaś?

Opowiedziałam jej wszystko przez łzy. Ciocia słuchała uważnie.

– Twoi rodzice zawsze byli chłodni… Ale to nie twoja wina! Może powinnaś poszukać wsparcia gdzie indziej? Są grupy wsparcia dla osób po ciężkich chorobach…

Po tej rozmowie długo myślałam o tym, czym właściwie jest rodzina. Czy to tylko więzy krwi? Czy może ciocia Basia jest mi bliższa niż własna matka?

Zaczęłam szukać pomocy – najpierw psychologa online, potem grupy wsparcia na Facebooku dla osób po ciężkich przejściach zdrowotnych. Tam znalazłam ludzi takich jak ja – samotnych, odrzuconych przez najbliższych w najtrudniejszym momencie życia.

Z czasem zaczęłam odzyskiwać siły – fizycznie i psychicznie. Nauczyłam się gotować proste dania dla siebie, wychodzić na krótkie spacery po osiedlu, rozmawiać z ludźmi bez udawania uśmiechu.

Rodzice? Od tamtej wizyty nie odezwali się ani razu. Czasem widzę ich zdjęcia na Facebooku – uśmiechnięci na działce pod Warszawą, z sąsiadami przy grillu. Bez miejsca dla mnie.

Często zastanawiam się: czy można nauczyć się żyć bez miłości rodziców? Czy da się zbudować własną rodzinę – z przyjaciółmi, znajomymi z grup wsparcia? Może rodzina to nie ci, którzy dali nam życie, ale ci, którzy zostają wtedy, gdy inni odchodzą?

A wy? Czy kiedykolwiek czuliście się odrzuceni przez najbliższych? Jak sobie z tym poradziliście? Może to właśnie teraz jest czas, by napisać swoją własną definicję rodziny…