„Pomogłam córce kupić mieszkanie, a teraz nawet nie ma dla mnie miejsca na noc” – Moja historia o poświęceniu i rozczarowaniu
– Mamo, przecież nie możesz tak po prostu przyjeżdżać bez zapowiedzi! – głos Agnieszki odbił się echem w pustym przedpokoju. Stałam z walizką w ręku, mokre od deszczu buty zostawiały ślady na jasnych płytkach. Czułam się jak intruz w miejscu, które przecież powstało dzięki moim wyrzeczeniom.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez chwilę patrzyłam na nią bez słowa, próbując zrozumieć, kiedy przestałam być mile widziana w życiu własnej córki. Przecież to dla niej przez trzydzieści lat odkładałam każdy grosz. Nie kupowałam sobie nowych ubrań, nie jeździłam na wakacje, nie pozwalałam sobie na żadne przyjemności. Wszystko po to, by kiedyś mogła mieć własny kąt, żeby nie musiała zaczynać od zera tak jak ja.
Agnieszka miała wtedy trzydzieści lat i wciąż wynajmowała pokój z dwiema koleżankami. Pracowała w szkole jako nauczycielka angielskiego, zarabiała niewiele. Kiedyś powiedziała mi przez telefon: „Mamo, nigdy nie uzbieram na wkład własny. Chyba już zawsze będę mieszkać z obcymi ludźmi.”
Pamiętam, jak wtedy serce mi się ścisnęło. Następnego dnia poszłam do banku i wypłaciłam wszystkie oszczędności – ponad sto tysięcy złotych. To były pieniądze odkładane przez całe życie: premie z pracy w urzędzie, trzynastki, nawet drobne datki od babci Agaty. Wszystko dla niej.
Kiedy wręczyłam jej kopertę, płakała ze wzruszenia. „Mamo, jesteś najlepsza na świecie!” – mówiła, obejmując mnie mocno. Wtedy czułam się potrzebna i kochana.
Dziś stoję w jej nowym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie i słyszę tylko wyrzuty. „Nie możesz tak po prostu przyjeżdżać…”
– Agnieszko, ja… – zaczęłam niepewnie. – Przecież dzwoniłam rano, mówiłam, że mam wizytę u lekarza w Warszawie i że może zostanę na noc…
– Ale ja mam jutro ważną prezentację w pracy! – przerwała mi nerwowo. – Potrzebuję spokoju. Nie mogę się rozpraszać.
Patrzyłam na nią i widziałam zupełnie obcą osobę. Gdzie podziała się ta mała dziewczynka, która tuliła się do mnie po koszmarach? Która przybiegała z podartym kolanem i płakała w moje ramię?
Usiadłam na brzegu kanapy. W mieszkaniu panował porządek, wszystko miało swoje miejsce. Na ścianie wisiały modne grafiki, na stole leżał laptop i notatki do pracy. Nigdzie nie było śladu po mnie – żadnego zdjęcia z dzieciństwa, żadnej pamiątki rodzinnej.
– Agnieszko… czy ja naprawdę przeszkadzam? – zapytałam cicho.
Westchnęła ciężko i usiadła naprzeciwko mnie.
– Mamo, ja cię kocham, ale… ja już mam swoje życie. Potrzebuję przestrzeni. Ty zawsze chcesz być blisko, kontrolować wszystko…
Zabolało mnie to bardziej niż cokolwiek innego. Przecież nigdy nie chciałam jej kontrolować! Chciałam tylko pomóc, być wsparciem.
Przypomniały mi się wszystkie te lata samotności po śmierci męża. Jak ciężko było samej wychowywać dziecko, pracować na dwa etaty, gotować obiady na zapas i martwić się o rachunki. Ile razy rezygnowałam z własnych potrzeb dla niej…
– Myślałam, że będziemy sobie bliższe – powiedziałam łamiącym się głosem. – Że jak już będziesz miała swoje mieszkanie, to będziemy mogły spędzać razem więcej czasu…
Agnieszka spojrzała na mnie z irytacją.
– Mamo, ja mam trzydzieści dwa lata! Nie jestem już dzieckiem! Musisz to w końcu zrozumieć.
Wstała i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju.
– Może lepiej będzie, jak zatrzymasz się u cioci Basi? Ona ma wolny pokój…
Poczułam się jak zbędny mebel. Jak ktoś, kto przeszkadza w idealnie poukładanym życiu.
Wyszłam na balkon, żeby zaczerpnąć powietrza. Warszawa tętniła życiem – samochody sunęły po ulicach, gdzieś w oddali słychać było tramwaj. Patrzyłam na światła miasta i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Wróciłam do środka i zaczęłam pakować walizkę.
– Gdzie idziesz? – zapytała Agnieszka zaskoczona.
– Nie chcę ci przeszkadzać – odpowiedziałam cicho. – Zadzwonię do Basi.
Nie zatrzymała mnie. Tylko skinęła głową i wróciła do swoich notatek.
Wyszłam na klatkę schodową i poczułam łzy napływające do oczu. Przez całą drogę do cioci Basi myślałam tylko o jednym: czy naprawdę tak wygląda wdzięczność? Czy matczyna miłość zawsze musi oznaczać samotność?
Dziś siedzę przy oknie w pokoju gościnnym u Basi i patrzę na świat za szybą. Zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam, poświęcając wszystko dla córki. Czy można kochać za bardzo? Czy kiedyś usłyszę od niej: „Mamo, dziękuję”? A może już zawsze będę tylko tą niewygodną częścią jej życia?
Czy naprawdę o to chodziło w byciu matką? Czy ktoś z was też czuje się czasem tak niepotrzebny własnym dzieciom?