Między dwiema rodzinami: Wigilia, która rozdarła moje serce
– Michał, nie pozwolę, żeby ona znowu wszystko popsuła! – głos mojej żony, Ani, drżał od złości i łez. Stała w kuchni, z nożem w ręku, krojąc cebulę do śledzi. Jej dłonie trzęsły się tak bardzo, że bałem się, że się skaleczy.
Za drzwiami słychać było głos mojej matki:
– Michałku, czy możesz mi pomóc z opłatkiem? Aniu, może jednak spróbujesz mojego barszczu? Twój zawsze wychodzi taki… no, inny.
Wiedziałem, że to nie będzie spokojna Wigilia. Od tygodni czułem narastające napięcie. Ania chciała zrobić wszystko po swojemu – nowoczesne potrawy, białe świece zamiast kolorowych lampek, kolędy z głośnika zamiast chóralnego śpiewu. Mama natomiast nie wyobrażała sobie świąt bez tradycyjnych uszek, karpia w galarecie i jej ulubionego obrusa z haftem od babci. Dwie kobiety mojego życia – każda z inną wizją szczęścia i rodziny.
– Michał! – Ania podniosła głos. – Powiedz jej w końcu, że to nasz dom i nasze święta!
Zamarłem. W głowie miałem tysiące myśli. Przecież to moja mama. Wychowała mnie sama po śmierci taty. Zawsze powtarzała: „Rodzina to najważniejsze”. Ale teraz miałem własną rodzinę. I czułem się jak zdrajca, cokolwiek bym nie zrobił.
Wyszedłem do salonu. Mama stała przy choince i poprawiała bombki.
– Michałku, czy Ania naprawdę musi robić te dziwne sałatki? Kto to widział rukolę na Wigilii?
– Mamo… – zacząłem niepewnie. – To dla Ani ważne. Chciałbym, żebyśmy spróbowali czegoś nowego.
Mama spojrzała na mnie tak, jakby właśnie zdradził ją najbliższy człowiek.
– Ty już nie jesteś mój syn…
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakikolwiek policzek. Poczułem łzy napływające do oczu. Wróciłem do kuchni. Ania patrzyła na mnie pytająco.
– I co?
Nie potrafiłem odpowiedzieć. Usiadłem przy stole i schowałem twarz w dłoniach.
Wigilia miała być piękna. Mieliśmy być razem – ja, Ania, mama i mój młodszy brat Tomek z żoną Kasią. Ale od rana atmosfera była napięta jak struna. Każdy gest był pretekstem do kłótni. Mama krytykowała wszystko: od obrusa po sposób krojenia marchewki do sałatki jarzynowej.
Ania próbowała być miła, ale w końcu nie wytrzymała:
– Pani Zosiu, może by pani usiadła i odpoczęła? Wszystko jest pod kontrolą.
– Pod kontrolą? – prychnęła mama. – W tym domu nic nie jest pod kontrolą od kiedy tu mieszkasz!
Tomek próbował rozładować atmosferę żartem:
– Może napijemy się kompotu z suszu na zgodę?
Nikt się nie zaśmiał.
Kiedy zasiedliśmy do stołu, czułem się jak sędzia na ringu bokserskim. Każdy czekał na mój ruch. Mama patrzyła na mnie z wyrzutem, Ania z nadzieją.
Podczas dzielenia się opłatkiem mama powiedziała:
– Życzę ci, Michałku, żebyś w końcu zrozumiał, co jest w życiu ważne.
Ania ścisnęła moją dłoń pod stołem.
Po kolacji mama zaczęła zbierać talerze i mruczeć pod nosem:
– Kiedyś to były święta…
Nie wytrzymałem.
– Mamo! Proszę cię… To są nasze święta! Chcemy mieć własne tradycje!
Mama spojrzała na mnie z bólem.
– Czyli ja już nie jestem częścią tej rodziny?
Ania wstała od stołu.
– Ja już nie mogę… – wyszła do sypialni i zatrzasnęła drzwi.
Zostałem sam na środku salonu. Tomek i Kasia patrzyli na mnie bezradnie.
Wyszedłem na balkon. Mróz szczypał w policzki. Patrzyłem na rozświetlone okna sąsiadów i zastanawiałem się, gdzie popełniłem błąd. Czy naprawdę muszę wybierać? Czy nie można mieć dwóch rodzin naraz?
Po chwili dołączyła do mnie Kasia.
– Michał… Ja też przez to przechodziłam. Moja mama nie akceptowała Tomka przez lata. Ale w końcu musieliśmy postawić granice.
– Ale jak? Przecież to moja mama…
– A Ania to twoja żona. Jeśli nie pokażesz jej, że jest dla ciebie najważniejsza, zawsze będzie czuła się obco we własnym domu.
Te słowa bolały, ale wiedziałem, że ma rację.
Wróciłem do środka. Mama siedziała przy stole i płakała cicho. Ania leżała na łóżku z twarzą w poduszce.
Usiadłem obok niej i pogłaskałem ją po włosach.
– Przepraszam… Nie umiem tego wszystkiego pogodzić…
Odwróciła się do mnie ze łzami w oczach.
– Michał… Ja chcę tu być. Chcę mieć dom z tobą. Ale nie mogę ciągle walczyć o miejsce przy twoim boku…
Objąłem ją mocno.
– Obiecuję ci… Następna Wigilia będzie tylko nasza. Zrobimy ją po swojemu.
Następnego dnia zadzwoniłem do mamy.
– Mamo… Musimy porozmawiać. Kocham cię, ale muszę zacząć żyć po swojemu. Proszę cię… spróbuj zaakceptować Anię i nasze wybory.
Mama długo milczała.
– Dobrze… Spróbuję. Ale to dla mnie bardzo trudne.
Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Ale pierwszy krok został zrobiony.
Czasem zastanawiam się: czy można być lojalnym wobec dwóch rodzin jednocześnie? Czy zawsze musimy kogoś zranić, żeby być szczęśliwym? Jak wy radzicie sobie z takimi konfliktami?