Kiedy przyjaźń zostaje wystawiona na próbę: Historia o utracie i nadziei

– Kasia, czy ty mnie w ogóle słyszysz? – mój głos drżał, a w gardle czułam gulę. Stałyśmy w jej kuchni, pomiędzy stertą niepozmywanych butelek i rozrzuconymi pieluchami. Mały Staś płakał w pokoju obok, a ona nawet nie mrugnęła okiem. Patrzyła przez okno, jakby mnie tam nie było.

Jeszcze rok temu śmiałyśmy się do łez na ławce w parku, planując wspólne wakacje nad Bałtykiem. Kasia była wtedy pełna energii, zarażała mnie swoim entuzjazmem do życia. Teraz patrzyłam na nią i widziałam tylko cień tej osoby. Jej włosy były niedbale związane gumką, pod oczami miała ciemne sińce, a dłonie drżały, gdy nalewała sobie zimną kawę.

– Przepraszam, Anka – powiedziała cicho, nie odwracając się do mnie. – Jestem zmęczona. Nie wiem, co mam ci powiedzieć.

Chciałam ją przytulić, ale czułam między nami mur. Od narodzin Stasia wszystko się zmieniło. Kasia zniknęła z mojego życia – najpierw powoli przestała odbierać telefony, potem odwoływała spotkania. Zawsze miała wymówkę: kolka, gorączka, nieprzespana noc. W końcu przestałam pytać.

Pamiętam dzień, kiedy zadzwoniła do mnie po raz pierwszy od miesięcy. Byłam wtedy w pracy, ale wybiegłam na korytarz z nadzieją, że coś się zmieniło.

– Anka… – jej głos był cichy i łamiący się – ja już nie wiem, kim jestem. Wszystko kręci się wokół Stasia. Czuję się… jakby mnie nie było.

Zamarłam. Chciałam jej pomóc, ale nie wiedziałam jak. Próbowałam ją namówić na wspólny spacer, kino, nawet kawę w ulubionej kawiarni. Zawsze kończyło się tak samo: „Nie mogę zostawić Stasia”, „Nie mam siły”, „Może innym razem”.

W końcu zaczęłam czuć złość. Dlaczego ona nie chce walczyć o naszą przyjaźń? Dlaczego pozwala sobie tak zniknąć? Przecież obiecałyśmy sobie kiedyś, że nigdy się nie rozstaniemy.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie jej mama.

– Aniu, martwię się o Kasię. Ona prawie nie wychodzi z domu. Może ty byś do niej przyszła? Może ciebie posłucha?

Zgodziłam się bez wahania. Kupiłam jej ulubione ciastka i pojechałam do niej z duszą na ramieniu. Gdy otworzyła mi drzwi, zobaczyłam w jej oczach coś, czego nigdy wcześniej tam nie było – pustkę.

Usiadłyśmy w salonie. Staś spał w wózku obok.

– Kasia… co się z tobą dzieje? – zapytałam delikatnie.

– Nie wiem – odpowiedziała po dłuższej chwili ciszy. – Czuję się jakby ktoś mnie wyłączył. Wszystko robię mechanicznie: karmię go, przewijam, usypiam… Ale ja już nie jestem sobą.

– Może powinnaś porozmawiać z kimś… z psychologiem? – zaproponowałam ostrożnie.

Spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Myślisz, że jestem złą matką?

– Nie! Absolutnie nie! Po prostu… martwię się o ciebie. Tęsknię za tobą.

Wtedy pierwszy raz od miesięcy zobaczyłam łzy w jej oczach.

– Ja też za tobą tęsknię – wyszeptała.

Od tego dnia zaczęłyśmy spotykać się częściej. Czasem tylko na chwilę – szybka kawa podczas drzemki Stasia albo krótki spacer wokół bloku. Kasia powoli zaczynała wracać do siebie, choć każdy dzień był dla niej walką.

Jej mąż, Tomek, był wiecznie w pracy. Gdy wracał do domu, był zmęczony i rozdrażniony. Często słyszałam ich kłótnie przez ścianę: o pieniądze, o obowiązki domowe, o to, że Kasia „nic nie robi”, choć przecież opieka nad dzieckiem to praca na pełen etat.

Pewnego dnia Tomek wybuchł:

– Może byś w końcu coś zrobiła ze sobą? Wyglądasz jak cień człowieka!

Kasia zamknęła się wtedy w łazience na godzinę. Siedziałam z nią pod drzwiami i słuchałam jej cichego płaczu.

– Nie dam rady dłużej tak żyć – powiedziała później szeptem.

Zaczęłam szukać dla niej pomocy – znalazłam grupę wsparcia dla młodych matek w pobliskim domu kultury. Namówiłam ją, żeby poszła ze mną na pierwsze spotkanie.

Na początku była spięta i zamknięta w sobie. Ale gdy usłyszała historie innych kobiet – o samotności, zmęczeniu i poczuciu winy – zaczęła mówić coraz więcej. Zrozumiała, że nie jest sama.

Z czasem zaczęła dbać o siebie: poszła do fryzjera, kupiła nową sukienkę. Zaczęłyśmy znów chodzić razem na spacery po parku. Staś rósł jak na drożdżach i coraz częściej zostawał pod opieką babci.

Nasza przyjaźń przeszła przez piekło i wyszła z niego silniejsza. Ale ja też się zmieniłam – nauczyłam się cierpliwości i pokory wobec życia. Zrozumiałam, że czasem trzeba pozwolić komuś odejść na chwilę, żeby mógł wrócić silniejszy.

Czasem patrzę na Kasię i zastanawiam się: ile kobiet wokół nas przeżywa podobne piekło w ciszy? Ile przyjaźni rozpada się przez niezrozumienie i brak wsparcia? Czy potrafimy być dla siebie naprawdę obecni wtedy, gdy najbardziej tego potrzebujemy?